Świąteczny koncert kolęd w jaskini The Devil’s Arse – Castleton
Wstęp – grudniowy klimat i powrót do Castleton
Grudzień w Peak District ma w sobie coś, czego nie da się podrobić. Miasteczka wyglądają jak żywcem wyjęte z kartki świątecznej, Mieszkańcy tuż po zdjeciu halloweenowych ozdób wymieniają je na świąteczne swiatełka i ubierają choinkę już w Październiku.
To chyba dlatego że powietrze pachnie zimą i gorącą czekoladą, a góry dookoła robią taką atmosferę, że nawet Małolata potczas naszego pobutu tutaj stała się nagle podejrzanie cicha i tylko rozgląda się na boki, jakby gdzieś za rogiem miał wyskoczyć renifer. Niestety do pełni świątecznego klimatu brakowało nam tylko śniegu, no ale to w końcu Wielka Brytania, tutaj biały puch pojawia się naprawdę rzadko.
Świąteczny klimat w Castleton – czyli gdzie magia miesza się z zapachem grzańca
Do Castleton najlepiej przyjechać późnym popołudniem, kiedy robi się ciemno i światła zaczynają grać pierwsze skrzypce. To nie jest miasto, które potrzebuje miliona lampek, żeby zrobić wrażenie. Tu działa prostota: kamienne domki, stare gospody i wąskie uliczki ozdobione świątecznymi girlandami, które wyglądają, jakby ktoś zawiesił je „od niechcenia”, a wyszło perfekcyjnie.
Małolata od razu wypatrzyła swoje ulubione punkty: wielką choinkę przy głównej ulicy, renifera z migającymi lampkami oraz sklepik z pamiątkami, w którym choinka była większa niż samo pomieszczenie. Standard.
Po całym miasteczku unosił się lekki zapach grzańca z pobliskich pubów, a co chwilę mijaliśmy ludzi z kubkiem gorącej czekolady albo herbaty z rumem (to już dorośli, żeby było jasne). I mimo że Castleton nie robi świątecznego jarmarku w stylu wielkich miast, to dekoracje i atmosfera przebijają niejedną dużą imprezę.
To jest właśnie siła tego miejsca, nie ma tu tłoku jak w Birmingham czy Manchesterze, ale czuje się ten klasyczny, spokojny, „brytyjski” świąteczny klimat. Taki, którego nie da się do końca opisać, ale każdy, kto tu przyjeżdża, mówi mniej więcej to samo.
Do Castleton wracamy już któryś raz z kolei i to zawsze z uśmiechem. Mamy z tym miejscem swoje małe wspomnienia: jaskinie, wędrówkę na Mam Tor, spacer po miasteczku. Możecie o tym przeczytać w innym artykule na naszym blogu.[Tutaj]
Tym razem jednak plan był prosty i zupełnie świąteczny: jedziemy na koncert kolęd w Peak Cavern, znanej też jako The Devil’s Arse. Brzmi jak szalony pomysł? I dobrze, bo w tej jaskini wszystko brzmi inaczej. Zwłaszcza kolędy.
Ponieważ koncert zaczynał się dopiero o 18:00, zaplanowaliśmy sobie cały dzień tak, żeby wykorzystać go maksymalnie. Chcieliśmy wrócić do miejsca, które już kojarzymy, ale też zobaczyć coś nowego, czego wcześniej się nie udało i właśnie tak wpadliśmy na pomysł, żeby w końcu zajrzeć do Blue John Cavern, jednej z najsłynniejszych jaskiń w całej okolicy.
Blue John Cavern – szybka wizyta, historia i wrażenia
Jak już wspomniałem do Castleton przyjechaliśmy tym razem nie tylko po świąteczny klimat, ale też po to, żeby w końcu zobaczyć Blue John Cavern. Ile razy można mówić: „Następnym razem wejdziemy, na pewno!” No więc weszliśmy.
Przy wejściu przywitał nas przewodnik z tym typowym Brytyjskim poczuciem humoru: pół żart, pół fakt, a człowiek nie jest pewien, czy właśnie dostał ciekawostkę geologiczną, czy suchara dnia. Zaraz potem zaczęło się schodzenie w dół po długich, mokrych schodach. Małolata liczyła stopnie, ale gdzieś przy trzydziestym siódmym straciła rachubę i stwierdziła, że „tu jest jak w Minecraft’owym tunelu tylko bez creeperów”. W sumie trafnie.
Blue John Cavern to nie zwykła jaskinia. To miejsce, gdzie od stuleci wydobywa się Blue John, rzadki, półszlachetny fluoryt, który występuje tylko w Castleton i nigdzie indziej na świecie. Jego charakterystyczne niebiesko–żółte pasy dają mu wygląd żyłek marmolady w kamieniu. Przewodnik opowiadał, jak kiedyś górnicy wydobywali minerał w kompletnych ciemnościach, a my patrzyliśmy na te same ściany, które oni drapali kilofami setki lat temu.
Po drodze przechodziliśmy przez kolejne komory: jedne niskie i ciasne, inne ogromne, w których echo odbijało się tak, że nawet szept brzmiał jak ogłoszenie na dworcu. Małolata stwierdziła, że to idealne miejsce, żeby wołać tatę, kiedy ten udaje, że nie słyszy. Znowu trafnie.
Zwiedzanie trwa około 45 minut i naprawdę szybko mija. To nie jest jaskinia z milionem nacieków jak te w Europie południowej. Tu chodzi głównie o historię, o minerał, o to połączenie kopalni z jaskinią. I właśnie to robi robotę.
Po wyjściu na powierzchnię mieliśmy jeszcze chwilę, żeby złapać oddech… oraz żeby ochłonąć po wspinaniu się z powrotem po tych wszystkich schodach. (według informacji oficjalnych jest ich 245). No powiedzmy sobie szczerze: łatwo nie jest.
Przy wejściu działa też niewielkie centrum odwiedzających z muzeum i sklepikiem z pamiątkami, gdzie można zobaczyć wyroby z Blue John i kupić drobne upominki.
Jedno jest pewne, Blue John Cavern to świetny przystanek nie tylko na zimowy dzień w Castleton. Zwłaszcza gdy chce się połączyć trochę historii, trochę przygody i trochę „łał” pod ziemią.
Obiad w „1530 The Restaurant” – przerwa przed koncertem
Gdy po wizycie w jaskini mieliśmy jeszcze sporo czasu do wieczornego koncertu, uznaliśmy, że to idealny moment, by zrobić sobie przerwę i porządnie zjeść. Padło na 1530 The Restaurant, miejsce, które zbiera bardzo dobre opinie i idealnie pasowało do naszej małej, świątecznej wyprawy.
Co to za restauracja?
1530 działa w historycznym budynku, wcześniej mieściła się tu księgarnia, a sam obiekt datuje się na rok 1530. W środku czuć ten dawny klimat: niskie sufity, kamienne ściany, przytłumione światło. Jednocześnie restauracja jest nowoczesna i przytulna, więc nie ma się wrażenia, że wchodzimy do muzeum.
Kuchnia to połączenie nowoczesnej brytyjskiej i włoskiej — pizza, pasta, ryby, mięsa, dania wegańskie i wegetariańskie. Opinie o tym miejscu są bardzo dobre, a goście chwalą obsługę, przyjazną atmosferę, różnorodne menu i dobrą jakość potraw. Restauracja zdobyła nawet wyróżnienie „Gold Seal” w ramach Good Food Awards, więc nie jest to przypadkowy lokal dla turystów, tylko miejsce faktycznie doceniane.
Nasz wybór i pierwsze wrażenia
My trafiliśmy tam po południu, przed koncertem, wygłodniali po schodzeniu do jaskini i wychłodzeni grudniowym powietrzem. W środku od razu zrobiło się milej: kamienne mury, ciepłe światło i spokojny klimat robiły robotę.
Menu jest naprawdę szerokie: od pizz wypiekanych w piecu, przez risotta i makarony, po steki, ryby i dania wegańskie. W karcie znajdziecie m.in. klasyczną Margheritę, Pepperoni, opcje wegańskie, risotta z owocami morza, makarony w sosach śmietanowych, dania z dorsza, kurczaka, a także przystawki, bruschetty, pieczywo z oliwą, sałatki, zestawy „to share”.
Jest w czym wybierać, każdy, nawet przy różnych apetytach, znajdzie coś dla siebie.
Nasze zamówienie – konkrety na talerzu
Przystawka „to share”
Brzmi ciężko? I było ciężko – ciężko pyszne. Mocno serowe, gęste, aromatyczne, gorące. Pieczywo świetnie przełamywało smak, a Małolata była zachwycona, bo mogła maczać chleb w gorącym serowym sosie. Dla dziecka to już atrakcja sama w sobie.
Dania główne
Ja wybrałem Creamy Risotto Frutti di Mare (monkfish, shrimp, mussels).
Ryż był idealny a woce morza świeże i soczyste, zero „gumowatego mrożonkowego smutku”. Danie absolutnie udane.
Mama Małolaty zamówiła Lobster Cream Tagliatelle.
Makaron al dente, sos delikatny z wyraźną nutą homara, spokojnie poziom restauracji z wyższej półki.
A Małolata?
Ominęła kids menu i poszła w pełnoprawny brytyjski klasyk czyli Sunday Roast:
beef with gravy, mashed potatoes, Yorkshire pudding i warzywa.
Porcja konkretna, a że Małolata kocha mięso w gravy, to zniknęło wszystko w ekspresowym tempie. Yorkshire pudding też. (Oczywiście, spróbować mi nie wolno było).
Desery
Małolata wzięła passion fruit sorbet, lekki, kwaśny, idealny po obfitym Sunday dinner.
My natomiast po tak dużych porcjach wzięliśmy tylko jeden deser „na pół”: pistachio cheesecake – kremowy, chrupiący na górze, z pistacjowym kremem i posypką z drobno siekanych pistacji. Słodki, ale nie do przesady. Świetne zakończenie posiłku.
1530 The Restaurant okazało się świetnym wyborem, smaczne jedzenie, fajny klimat, przyjazna obsługa i porcje, po których człowiek wychodzi zadowolony, ale nie umiera z przejedzenia. Idealne miejsce, żeby na chwilę zwolnić, ogrzać się zimą i nabrać energii przed dalszą częścią dnia.
Po obiedzie byliśmy już solidnie naładowani, Małolata uśmiechnięta po swoim roast dinner, my po makaronach i risotto, a pistacjowy sernik postawił kropkę nad „i”.
Z pełnymi brzuchami i jeszcze lepszymi humorami ruszyliśmy w stronę Peak Cavern, gdzie czekała na nas najbardziej świąteczna część całej wyprawy — koncert kolęd w skalnym, podziemnym wnętrzu.
I to był dopiero klimat…
Koncert kolęd w jaskini – nasz wieczór w Peak Cavern
Po obiedzie byliśmy już trochę zmęczeni, ale jak tylko i zobaczyliśmy wejście do Peak Cavern, to od razu wróciła nam energia. Już sama droga do wejścia budowała klimat było ciemno, chłodno, a skalne ściany nad głową wyglądały jeszcze bardziej monumentalnie niż za dnia. Wiedzieliśmy, że koncert odbędzie się w samej jaskini, ale i tak trudno było sobie wyobrazić, jak to będzie brzmiało i wyglądało w praktyce.
Wraz z nami ku jaskini podążał tłum ludzi, którzy mieli dokładnie ten sam pomysł na spędzenie grudniowego wieczoru którego na scenie zagrała Hathersage Brass Band.
To orkiestra z ogromną historią, działa nieprzerwanie od 1882 roku, jest mocno związana z lokalną społecznością i regularnie występuje podczas świątecznych koncertów, festynów i wydarzeń w Derbyshire oraz okolicznych hrabstwach. Nie jest to zespół „konkursowy”, tylko typowo społeczna orkiestra — ludzie w różnym wieku, grający razem z pasji, co było słychać od pierwszych dźwięków. A że mają świetnego dyrygenta, Michaela Brooka (człowieka z potężnym muzycznym CV, od Royal Artillery Band po BBC Scottish Radio Orchestra), to poziom ich występów naprawdę robi wrażenie.
Już przy wejściu zostaliśmy poczestowani grzanym winem oraz świątecznymi ciasteczkami mince pies.
Zanim jeszcze muzyka na dobre się zaczęła, pojawił się prowadzący… przebrany za Grincha. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie będzie to sztywne „proszę nie klaskać między częściami”, tylko koncert z dystansem, humorem i nastawieniem na dobrą zabawę, również dla dzieci. Małolata była kupiona od pierwszej minuty.
Sama jaskinia zrobiła ogromne wrażenie. Naturalna akustyka, wysoki sufit, skały wokół i światła punktowe sprawiały, że dźwięk orkiestry był potężny, ale jednocześnie ciepły. Koncert trwał około godziny, ale czas minął zaskakująco szybko.
Były klasyczne kolędy, było wspólne śpiewanie i momenty, które szczególnie zapadły nam w pamięć. „Jingle Bells” śpiewała właściwie cała sala, bez skrępowania, z uśmiechem, trochę jak na szkolnym apelu, tylko w wersji jaskiniowej.
Ale największa frajda przyszła przy „The Twelve Days of Christmas”. Publiczność została podzielona na grupy według rzędów, a każda grupa dostała swój numer oznaczony wielkim, kolorowym „lizakiem” trzymanym przez osobę stojącą naprzeciwko. My mieliśmy numer 5 i 2, więc gdy w tekście pojawiało się “five golden rings” albo “two turtle doves”, nasz rząd wstawał i śpiewał swoją linijkę.
Efekt? Cała sala na zmianę wstawała i siadała, śpiewając fragmenty kolędy, a orkiestra wszystko to spinała muzycznie. Powstała taka żywa, świąteczna „fala” z ludzi, śmiechu i dźwięków. Małolata była zachwycona, i szczerze mówiąc, my też.
Po koncercie ruszyliśmy prosto do domu. Było już późno, zimno i bardzo ciemno, a dzień i tak był intensywny.
Jedno jest pewne — wrócimy tu jeszcze za dnia, żeby zobaczyć Peak Cavern w świetle dziennym. Bo nocą robi niesamowite wrażenie, ale czujemy, że za dnia to zupełnie inna historia.
I właśnie takim akcentem zakończyliśmy naszą świąteczną wyprawę do Castleton, zmęczeni, najedzeni, zmarznięci, ale z głowami pełnymi muzyki i świątecznego klimatu.
