Phuket, nasz pierwszy raz w Tajlandii.

Phuket co zobaczyć podczas pierwszego wyjazdu do Tajlandii? Nasz plan i najważniejsze atrakcje

Tajlandia chodziła nam po głowie od dawna. Ciepło, palmy, turkusowa woda, street food i ten azjatycki chaos, który jednych przytłacza, a innych wciąga bez reszty. W końcu się udało, polecieliśmy całą rodziną, z Małolatą u boku, i… od razu było wiadomo, że to nie będzie zwykły wyjazd.

Zanim jednak dotarliśmy do Tajlandii, zaliczyliśmy jeszcze krótki przystanek w Kazachstanie, gdzie spędziliśmy dzień w Ałmatach więc jeśli ktoś lubi takie nietypowe przesiadki i chce zobaczyć coś zupełnie innego po drodze, to osobny artykuł o Kazachstanie już na blogu. [Tutaj]

A teraz wracamy do ciepłych klimatów. Naszą tajską przygodę podzieliliśmy na dwie części: pierwszy tydzień, Phuket i drugi tydzień to Krabi o którym przeczytasz w osobny artykule [Krabi TUTAJ]

Ten tekst jest więc pierwszą częścią naszej tajlandzkiej historii i skupia się wyłącznie na Phuket, miejscu, które dla wielu jest pierwszym kontaktem z Tajlandią. I nie bez powodu.

Były plaże jak z pocztówki, długie rejsy łodzią, znane i mniej znane atrakcje, świątynie, nocne markety i sporo luzu… ale też codzienne życie z dzieckiem w azjatyckich warunkach. Pojawią się miejsca uznawane za największe atrakcje Phuket, jednak opisane tak, jak my je przeżyliśmy, z perspektywy rodzinnego wyjazdu, bez pośpiechu i bez udawania, że wszystko musi wyglądać idealnie.

Jeśli planujecie Phuket z dzieckiem albo po prostu chcecie zobaczyć, jak wygląda ten kierunek oczami Taty i Małolaty, to zapraszamy, zaczynamy od samego początku.

Phuket, gdzie leży i czym właściwie jest? Kilka faktów

Phuket to największa wyspa Tajlandii, położona na południu kraju, nad Morzem Andamańskim. Dzięki międzynarodowemu lotnisku jest jednym z najpopularniejszych kierunków wakacyjnych w Azji i często stanowi pierwszy punkt styku turystów z Tajlandią.

Wyspa ma powierzchnię porównywalną do Singapuru i łączy w sobie bardzo różne oblicza: od spokojnych, piaszczystych plaż, przez dżunglę i wzgórza, aż po tętniące życiem miasteczka i świątynie. Historycznie Phuket było ważnym ośrodkiem handlu cyną, co do dziś widać m.in. w zabudowie Phuket Old Town.

Obowiązującą walutą w Tajlandii jest baht tajski (THB), a dominującą religią buddyzm, co widać niemal na każdym kroku w licznych świątyniach, posągach Buddy i codziennych rytuałach mieszkańców.

Klimat jest tropikalny, przez cały rok panują tu wysokie temperatury, a najlepszym okresem na podróż jest pora sucha, przypadająca mniej więcej od listopada do kwietnia. 

Przylot do Phuket i nasze pierwsze chwile w Tajlandii

Pierwszy dzień w Tajlandii postanowiliśmy potraktować spokojnie, bez gonitwy za atrakcjami, za to z czasem na oswojenie się z nowym miejscem, klimatem i zupełnie inną codziennością.

W Phuket wylądowaliśmy rano. Lotnisko było dość tłoczne, ale jednocześnie dobrze zorganizowane, więc całość poszła sprawnie. Bez większego problemu odnaleźliśmy kierowcę, który zapewnił nam transfer do hotelu Palmery Resort Phuket.

To był zdecydowanie najlepszy hotel z trzech, w których nocowaliśmy podczas całego pobytu w Tajlandii. Czysto, przyjaźnie i bardzo dobra lokalizacja, kawałek od najbardziej zatłoczonych ulic, dzięki czemu panowała tu cisza i spokój, co w tej części wyspy wcale nie jest oczywiste.

Mieliśmy śniadania w cenie, a do tego basen tuż przy pokoju, więc wszystko, czego potrzebowaliśmy po podróży, było na miejscu. Cena jak na Phuket bardzo przystępna, szczególnie jeśli tak jak my szukacie budżetowych, ale sensownych rozwiązań. 

Z hotelu i jego okolic dało się też dostrzec jeden z najbardziej charakterystycznych punktów wyspy, Big Buddha na Phuket. To ogromny, biały, marmurowy posąg siedzącego Buddy, mierzący około 45 metrów wysokości, położony na wzgórzach Nakkerd między Chalong a Kata. Jest widoczny z daleka i od razu przypomina, że jesteśmy w zupełnie innym kulturowo miejscu świata.

Spacer na Kata Beach i pierwsze wrażenia

Po zameldowaniu postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy i wybraliśmy się na spacer w stronę Kata Beach, jednej z najpopularniejszych plaż na Phuket, szerokiej, piaszczystej i bardzo przyjaznej dla spacerowiczów.

Doszliśmy tam akurat na zachód słońca, który sam w sobie był już małym spektaklem i idealnym zwieńczeniem pierwszego dnia.

Ten spacer był też naszym pierwszym prawdziwym zderzeniem z tajlandzkim klimatem. Mnóstwo turystów, masa sklepików, stoiska z egzotycznymi owocami, słynne tajskie masaże, a także sklepy z marihuaną, która w Tajlandii jest legalna.

Na pierwszy rzut oka Phuket może sprawiać wrażenie kierunku raczej dla dorosłych, ale jak się później okazało rodziny z dziećmi również znajdą tu sporo dla siebie.

Kolacja na Kata Night Market

Spacer trochę nas zmęczył, a głód zaczął dawać o sobie znać, więc naturalnym wyborem była kolacja.

Mieliśmy ochotę na coś świeżego, lokalnego i typowo tajskiego, a najlepszym miejscem na taki start okazał się Kata Night Market, znany też jako Kata Walking Street Food Market.

Na kolację zamówiliśmy miks owoców morza: ośmiornice, krewetki, przegrzebki i kalmary a wszystko świeżo grillowane, pachnące i pełne smaku. Idealny pierwszy kontakt z tajską kuchnią.

W drodze powrotnej do hotelu zaopatrzyliśmy się jeszcze w koszyk egzotycznych owoców, bo Małolata jest ich wielką fanką. Mango, mangostan, rambutan, smoczy owoc i kilka takich, których nazw do dziś nie potrafimy poprawnie wymówić, pełna egzotyka.

Tak zakończył się nasz pierwszy dzień na Phuket. Może nie był bardzo intensywny, ale za to pełen nowych wrażeń. Zmęczeni, ale podekscytowani, bo czuliśmy, że to dopiero początek i jeszcze bardzo dużo przed nami.

Dzień drugi, świątynie Phuket, lotosy i spokojniejsza strona wyspy

Drugi dzień był już zdecydowanie bardziej zaplanowany. Lista miejsc do zobaczenia w Tajlandii była długa, bo jak to bywa przy pierwszej wizycie, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej i zacząć od tych najbardziej charakterystycznych punktów wyspy.

Tego dnia postanowiliśmy zwiedzać na własną rękę, poruszając się taksówkami zamawianymi przez aplikację Bolt. To rozwiązanie okazało się wygodne, szybkie i co ważne często tańsze niż klasyczne taksówki.

Wat Chalong najważniejsza świątynia Phuket

Pierwszym przystankiem był Wat Chalong, największa i najważniejsza świątynia buddyjska na Phuket. To rozległy kompleks świątynny, którego historia sięga XIX wieku, a który do dziś pełni bardzo ważną rolę religijną dla lokalnej społeczności.

Na miejscu zaskoczyły nas głośne wybuchy petard, początkowo dość dezorientujące, szczególnie jeśli jest się tam pierwszy raz. Jak się jednak szybko okazało, to element lokalnego rytuału.

Na terenie świątyni znajduje się specjalna, niewielka budowla, w której odpalane są petardy jako forma dziękczynienia za wysłuchane modlitwy, prośby o szczęście i powodzenie oraz symboliczne odpędzanie złych duchów.

W Wat Chalong spotkaliśmy nie tylko turystów, ale też wielu mieszkańców Phuket, co pozwoliło nam podejrzeć autentyczne religijne rytuały i codzienną stronę buddyzmu, a nie tylko jego turystyczną wersję. Warto pamiętać o odpowiednim stroju, zakryte ramiona i kolana to tutaj podstawa.

Kolejnym punktem dnia była Ma Doo Bua Café to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na Phuket, znane z ogromnych lilii wodnych i malowniczych stawów. To właśnie tutaj powstają słynne zdjęcia z drona, robione z tradycyjnych łódek pośród lotosów.

Sama kawiarnia serwuje tajskie dania i napoje w otoczeniu nowoczesnej architektury inspirowanej lokalnym stylem i bez wątpienia jest miejscem, które przyciąga zarówno turystów, jak i miłośników fotografii.

Tu jednak pojawiła się mała lekcja planowania. Ma Doo Bua Café znajduje się dość daleko od Wat Chalong i łączenie tych dwóch miejsc w jeden dzień nie jest najlepszym pomysłem.

Bezpośrednio spod świątyni Wat Chalong nie udało nam się złapać taksówki, więc musieliśmy odejść kawałek dalej. Dopiero przy niewielkiej przydrożnej kawiarence, gdzie zatrzymaliśmy się na zimne napoje, udało się zamówić Bolta, a sama podróż do Ma Doo Bua zajęła nam później ponad godzinę.

Warto też wiedzieć, że osoby planujące sesję zdjęciową z drona w Ma Doo Bua Café powinny przyjechać tu najlepiej rano. Zapisy prowadzone są wyłącznie na miejscu i nie ma możliwości rezerwacji przez telefon.

My dotarliśmy po południu i lista była już mocno zapełniona, co oznaczało długie czekanie na wolną godzinę. Mimo to zdjęć oczywiście nie zabrakło, bo tej scenerii naprawdę trudno się oprzeć.

Wat Kanan – biała świątynia Phuket o której wciąż mało kto wie

Będąc w okolicy Ma Doo Bua Café, postanowiliśmy zajrzeć jeszcze do jednego miejsca, które nie było wysoko na liście must see Phuket, a okazało się jednym z największych zaskoczeń tego dnia.

Wat Kanan, często nazywana białą świątynią Phuket, to jedyny tego typu obiekt na wyspie i wciąż miejsce stosunkowo mało znane wśród turystów.

Świątynia znajduje się w północnej części wyspy, w rejonie Thalang. Jej budowa rozpoczęła się kilka lat temu i do dziś rozwija się stopniowo, głównie dzięki darowiznom. To sprawia, że miejsce nie ma jeszcze masowej turystyki, a panująca tu atmosfera jest zupełnie inna niż w najbardziej popularnych punktach Phuket.

Centralnym elementem kompleksu jest śnieżnobiała sala modlitewna (ubosot), wzniesiona nad wodą. Jej jasna bryła odbija się w tafli stawu, otoczonego zielenią i ciszą, co daje poczucie spokoju i oderwania od zgiełku wyspy.

Całość wygląda bardzo minimalistycznie, a jednocześnie robi ogromne wrażenie, szczególnie w zestawieniu z tropikalnym krajobrazem.

Wewnątrz budynku znajdują się przestrzenie przeznaczone zarówno na modlitwę, jak i niewielkie muzeum, w którym zgromadzono lokalne artefakty i historyczne przedmioty odnalezione w okolicy.

Jednym z ciekawszych elementów kompleksu są również kaplice poświęcone dziewięciu bohaterom, którym mieszkańcy składają ofiary, wierząc, że miejsce to przynosi ochronę i oczyszcza z negatywnej energii.

Staw otaczający świątynię tętni życiem, pływają w nim ryby i żółwie, a karmienie ich uznawane jest za dobry omen. My z Małolatą spędziliśmy tu dłuższą chwilę, spacerując wokół wody, podziwiając architekturę i ciesząc się spokojem. Pokarm dla ryb można kupić na miejscu, co było dodatkową atrakcją, szczególnie dla dziecka.

Najważniejsze było jednak to, że Wat Kanan wciąż pozostaje miejscem spokojnym i niemal pozbawionym tłumów, dzięki czemu można tu naprawdę zwolnić tempo i poczuć zupełnie inną stronę Tajlandii, cichszą, bardziej refleksyjną i bardzo autentyczną.

Na szczęście wcześniej umówiliśmy się z taksówkarzem, który poczekał na nas pod świątynią i zawiózł nas z powrotem do hotelu. Sama podróż trwała prawie dwie godziny, więc po całym dniu zwiedzania byliśmy już porządnie zmęczeni i nie oszukujmy się bardzo głodni.

Nie mieliśmy siły ani czasu na przeglądanie opinii w internecie, więc postawiliśmy na spontaniczny spacer po okolicy.

Naszą uwagę przyciągnęła restauracja The Red Chair w Kata Beach, głównie dlatego, że panował tam spory ruch. A to w Tajlandii zazwyczaj dobry znak. Jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę, bo wracaliśmy tam jeszcze kilka razy podczas naszego pobytu.

Podczas kolejnych wizyt mieliśmy okazję porządnie przetestować kartę. Wjechały klasyki tajskiej kuchni: aromatyczne green curry, dobrze doprawiony Pad Thai, pineapple fried rice podany w połówce ananasa, soczyste chicken satay z kremowym sosem orzechowym, a także ulubione smażone skrzydełka Małolaty, które oczywiście musiałem sprawdzić osobiście i potwierdzam, były naprawdę wyśmienite.

Ja odkryłem tam swoją nową miłość, zupę Tom Yum. Pikantna, intensywna, z wyraźną nutą limonki i trawy cytrynowej. Niby klasyk, który można zjeść w każdej turystycznej miejscowości w Tajlandii, a jednak tutaj smakował intensywniej, świeżo i po prostu lepiej.

Na deser obowiązkowo mango sticky rice, słodkie dojrzałe mango, kleisty ryż i mleko kokosowe. Prosto, bez kombinowania, a efekt idealny.

To wszystko są dania, które teoretycznie można zamówić w setkach miejsc na Phuket. A jednak tutaj miały w sobie coś więcej, może świeżość składników, może proporcje przypraw, a może po prostu klimat miejsca. Faktem jest, że smakowały nam dużo lepiej niż w wielu innych restauracjach.

Jeśli zastanawiacie się, gdzie dobrze zjeść w Kata Beach, to śmiało zapiszcie tę nazwę. To jedno z najlepszych miejsc, w których jedliśmy na Phuket. Menu jest proste i klasyczne, ale wszystko bardzo dobrze przygotowane, a fakt, że zagląda tam wielu lokalnych mieszkańców, tylko potwierdza jakość jedzenia.

Oprócz wymienionych dań spróbowaliśmy jeszcze kilku innych pozycji z karty. Całe menu możecie sprawdzić na ich facebookowej stronie, podlinkowaliśmy ją w nazwie restauracji oraz w nagłówku tej części artykułu. Adres również tam znajdziecie, choć najprościej po prostu wpisać nazwę w Google Maps, bez problemu traficie.

Po kolacji wróciliśmy już prosto do hotelu, żeby odpocząć i nabrać sił przed kolejnym dniem zwiedzania. Phuket jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

Dzień trzeci: Wyspy Similan - czy raj naprawdę istnieje?

Trzeciego dnia nie było już mowy o spokojnym poranku. Budzik zadzwonił tak wcześnie, że można by pomyśleć, że ustawiliśmy go przez pomyłkę.

O 4:00 rano kierowca odebrał nas z hotelu, a przed nami były prawie dwie godziny drogi do przystani. Wiedzieliśmy jedno, jeśli decydujesz się na tę wycieczkę, musisz zaakceptować, że to będzie bardzo długi dzień. Ale też jeden z tych, które pamięta się latami.

Czym właściwie są Similan Islands?

Archipelag, znany oficjalnie jako Mu Koh Similan, leży na Morzu Andamańskim w prowincji Phang Nga.

Nazwa „Similan” pochodzi z języka malajskiego i oznacza „dziewięć”, choć dziś wysp jest jedenaście, gdyż W 1998 roku park narodowy powiększono o dwie kolejne: Ko Bon i Ko Tachai.

Wyspy są ponumerowane od 1 do 11. Te o numerach 1–3 są objęte ścisłą ochroną (to m.in. lęgowiska żółwi), a ruch turystyczny koncentruje się na pozostałych.

Najbardziej znane to Ko Similan (nr 8) i Ko Miang (nr 4).

To miejsce działa sezonowo, zazwyczaj od połowy października do połowy maja, ze względu na warunki pogodowe oraz ochronę przyrody. I dobrze. Bo kiedy dopływasz na miejsce i widzisz tę turkusową wodę oraz biały piasek, zaczynasz rozumieć, że bez kontroli turystyki ten raj długo by nie przetrwał.

Jak wybrać wycieczkę na Similan Islands?

Teoretycznie można organizować coś na własną rękę. W praktyce jednak nie to ma sensu. Większość osób korzysta z gotowych wycieczek, bo logistyka jest prosta: transfer z hotelu, łódź, opieka, sprzęt, lunch, wszystko ogarnięte

Na co warto zwrócić uwagę?

• Po pierwsze, czas trwania. To i tak będzie bardzo długi dzień, więc lepiej wybrać opcję, która daje jak najwięcej czasu na wyspach.

• Po drugie, rodzaj łodzi. Na Similany najczęściej wypływa się z portu Tab Lamu (na południe od Khao Lak). Rejs standardową, wolniejszą łodzią trwa około trzech godzin, speedboatem około 70–90 minut. Tańsze oferty często oznaczają wolniejszą łódź.

Szybka łódź to krótsza podróż, ale jest głośno (naprawdę głośno), wieje i czasem można dostać falą po plecach. Często rozdają nawet słuchawki ochronne. Wolniejsza łódź bywa wygodniejsza i cichsza, to dobra opcja przy wycieczkach kilkudniowych. Przy jednodniowej, naszym zdaniem lepiej wybrać speedboat i nie tracić pół dnia na sam rejs.

• Po trzecie, proporcje plażowanie vs snorkeling. Oferty są do siebie podobne, ale niektóre skupiają się bardziej na pływaniu, inne dają więcej czasu na plaży.

My, wiedząc że Małolata nie jest zawodowym nurkiem, wybraliśmy opcję z większą ilością czasu na piasek i spokojne pluskanie się w wodzie. Dla rodzin z dziećmi to naprawdę lepszy wybór.

Zatem z kim my popłynęliśmy?

Wybraliśmy firmę Siam Adventure World oraz ich oferte Similan The Early Bird
 i od razu zaznaczę, to nie jest żadna współpraca. Po prostu ich oferta najbardziej nam pasowała i po całym dniu możemy uczciwie powiedzieć, że byliśmy zadowoleni.

Link do ich oferty zostawię [Tutaj]

A jak wyglądała nasz dzień Czyli rejs w stronę raju

Dzień zaczął się brutalnie wcześnie. O 4:00 rano kierowca odebrał nas z hotelu. Do przystani mieliśmy prawie dwie godziny jazdy. Transfery są tak zorganizowane, żeby wszyscy dotarli na około 7:00 do prywatnej przystani w Namkhem.

Na miejscu szybkie śniadanie, kawa, herbata, coś słodkiego i podział na grupy. Turystów jest mnóstwo, ale wszystko działa jak dobrze naoliwiona maszyna.

Rejs speedboatem trwał około 1,5–2 godzin. Jest szybko, jest głośno i momentami naprawdę buja. Rozdawane są tabletki na chorobę morską, a przy większej fali można zostać ochlapanym.

Dla dzieci warto mieć ręcznik albo coś do okrycia, bo przy dużej prędkości wiatr potrafi solidnie wychłodzić. My na szczęście jesteśmy raczej odporni na morskie klimaty, więc Małolata potraktowała to jak dodatkową atrakcję.

Wyspa numer 8 - Ko Similan i widok jak z katalogu

Pierwszy przystanek: Ko Similan, czyli wyspa numer 8. Zatrzymaliśmy się w zatoce Donald Duck Bay, znanej z charakterystycznej skały Sail Rock.

Piasek jest tu niemal biały, drobny jak mąka, a woda ma kolor, który ciężko opisać bez używania słowa „pocztówkowy”. Małolata nie czekała ani sekundy, buty wylądowały w jednym miejscu, a ona już była w wodzie.

Z plaży prowadzi ścieżka na punkt widokowy przy Sail Rock. Wejście nie jest ekstremalne, ale z dzieckiem warto uważać bo momentami jest stromo i ślisko. Ja trzymałem Małolatę za rękę praktycznie przez cały czas.

Widok z góry? Panorama Morza Andamańskiego i wysp rozsianych na horyzoncie. Jeden z tych momentów, kiedy człowiek przestaje mówić i po prostu patrzy.

Snorkeling i żółwie na wyciągnięcie ręki

Po powrocie na łódź przyszedł czas na pierwszy snorkeling. Sprzęt dostaliśmy na miejscu, maski, rurki, kamizelki asekuracyjne.

Woda wokół Similan Islands jest wyjątkowo przejrzysta. Widać rafy, kolorowe ryby, a przy odrobinie szczęścia także żółwie morskie.

Nam się poszczęściło. Żółwie pływały w pobliżu łodzi, więc wskoczyłem do wody. Jeden z nich przepłynął dosłownie kilka metrów ode mnie. Oczywiście bez dotykania, to dzikie zwierzęta i trzeba to uszanować.

Małolata obserwowała wszystko z pokładu, wypatrując kolejnych „cieni” pod wodą.

Wyspa numer 4 – Koh Miang i tropikalna dżungla

Drugim głównym przystankiem była Ko Miang (wyspa nr 4). Zacumowaliśmy przy Honeymoon Bay. Tam w cieniu drzew serwowany był lunch, klasyczna  kuchnia tajska, nasze dania były dość pikantne, ale Małolata dostała łagodniejszą wersję.

Po jedzeniu zamiast leżenia wybraliśmy spacer do Princess Bay.

Obie zatoki łączy fragment szlaku przyrodniczego Had Nah –Had Lek – Lan Ka Luang Nature Trail, utworzonego w 2019 roku dla upamiętnienia koronacji króla Tajlandii, Maha Vajiralongkorna.

Nie przeszliśmy całej trasy, przy dziecku i tropikalnym upale to byłoby zbyt ambitne. Ale nawet krótki odcinek wystarczył, by poczuć prawdziwą dżunglę. Wilgoć, gęsta roślinność, odgłosy owadów.

I wtedy pojawił się on, ogromny waran wodny (Varanus salvator). Wyglądał jak mały smok, spokojnie około dwóch metrów długości. Przez chwilę człowiek przypomina sobie, że to jednak dzika przyroda.

Druga rzecz, o której trzeba powiedzieć wprost: komary. Dużo. Bardzo dużo. Repelent to absolutna podstawa.

Princess Bay, spokojniejsza strona raju

Po wyjściu z lasu trafiliśmy na Princess Bay, mniejszą, spokojniejszą zatokę z płytką, krystalicznie czystą wodą. Idealne miejsce na chwilę oddechu.

Oczywiście Małolata znowu w wodzie. Bez tego wycieczka byłaby nieważna.

Po powrocie na łódź odbyła się druga sesja snorkelingu. Tym razem Małolata w kamizelce wskoczyła ze mną do wody. Pływanie w tak głębokiej i przejrzystej wodzie to zupełnie inne doświadczenie niż przy brzegu Phuket.

Powrót i kolacja jak nagroda

Około 16:00 wróciliśmy do przystani i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Byliśmy zmęczeni, trochę spaleni słońcem, ale szczęśliwi.

Wieczorem nie kombinowaliśmy na kolację poprostu wróciliśmy do sprawdzonej restauracji The Red Chair o której już wspominałem. I znów było pysznie.

Czy wycieczka na Similan Islands z dzieckiem ma sens?

Naszym zdaniem tak, ale pod warunkiem, że wybierzecie odpowiednią opcję i będziecie przygotowani na wczesną pobudkę oraz długi dzień.

Nagroda jest jednak konkretna bo to jedne z najpiękniejszych widoków, jakie można zobaczyć w Tajlandii.

Czwarty dzień w Tajlandii zapamiętamy szczególnie dobrze, bo to właśnie wtedy odwiedziliśmy miejsce, które do dziś wywołuje u Małolaty naszej przyszłej pani weterynarz ten charakterystyczny błysk w oku.
Tego poranka ruszyliśmy do , miejsca, Phuket Elephant Sanctuary o którym czytałem jeszcze w Polsce i które od początku wydawało mi się czymś więcej niż „atrakcją z katalogu”.

To nie jest park z pokazami i sztuczkami. To azyl dla słoni, które wcześniej pracowały w turystyce albo przemyśle drzewnym. Tutaj mają po prostu… być słoniami.

Sanctuary powstało jako pierwsze etyczne schronisko dla słoni na wyspie. Za tym miejscem stoją konkretni ludzie, a nie przypadkowy biznes pod turystów.

Kong, tajski ekspert od słoni z 40-letnim doświadczeniem, który zna te zwierzęta od podszewki i spędził z nimi większą część życia. 

Oraz Louise Rogerson, brytyjka od lat zaangażowana w etyczną turystykę ze słoniami, wcześniej współtworząca podobne projekty w Azji. To nie jest duet z łapanki. To połączenie praktyki, doświadczenia i konkretnej misji.

I właśnie ta misja wyznacza tu zasady: no riding, no bathing, no chains. Zero jazdy na słoniu, zero kąpieli z turystami, zero łańcuchów.

Zwierzęta mają spokój, stałą opiekę weterynaryjną i ogromny teren, po którym mogą swobodnie się poruszać, a nie stać przywiązane i czekać na kolejną grupę.

Mieszkańcy sanktuarium. Nasi bohaterowie dnia

Każdy słoń ma tu imię i swoją historię. I powiem Wam szczerze gdy słyszysz, przez co przeszły, zupełnie inaczej patrzysz na to spokojne, ogromne zwierzę.

Najmocniej zapadła mi w głowę historia Wan Mai (59 lat) jej imię oznacza „Nowy Dzień”. Uratowana 6 czerwca 2025 roku, przez około 30 lat pracowała w przemyśle drzewnym i przy wożeniu turystów – nawet 40 przejażdżek dziennie.

Dziś jest łagodna, spokojna i niemal zawsze chodzi krok w krok z Wassaną, jak cień swojej najlepszej przyjaciółki.

Nong Fai (56 lat), czyli „Bawełna”, przez lata pracowała przy wyrębie drewna przy granicy z Mjanmą, a później w turystyce. Kiedy trafiła do sanktuarium w listopadzie 2023 roku, bała się innych słoni i trzymała się ludzi.

Dziś jest nierozłączna z Wassaną – ich przyjaźń to jeden z najpiękniejszych widoków w całym ośrodku.

Nam Paerng (59 lat) „Miód” pochodzi z południa Tajlandii. Najpierw wycinka drzew tekowych i kauczukowych, potem obozy turystyczne. Spokojna, dostojna, jakby w końcu mogła żyć we własnym tempie.

Jej najbliższą towarzyszką jest Gaw Boon (54 lata) „Szczęście”, najwyższa i najbardziej imponująca w stadzie. Wcześniej pracowała w obozie jeździeckim w Pattayi, intensywnie wykorzystywana do przejażdżek. Dziś coraz śmielej pluska się w wodzie razem z Nam Paerng.

Jest też Ton Oi (44 lata) „Trzcina Cukrowa” to prawdziwa indywidualistka. Energiczna, trochę „księżniczka”, jak mówią opiekunowie. Uwielbia kąpiele w stawie, zabawy gałęziami i starą oponą. A przecież wcześniej także ciężko pracowała w przemyśle drzewnym i przy turystycznych przejażdżkach.

Wassana (49 lat) „Przeznaczenie” to serce stada. Spokojna, opiekuńcza, cierpliwa. Pracowała w wyrębie, w turystyce, a nawet jako słonica świątynna. Przyjechała z nadwagą i starą kontuzją tylnej nogi, więc rehabilitacja trwała długo. Dziś to ona spaja grupę i daje innym poczucie bezpieczeństwa.

Najstarsza jest Sudjai (61 lat) „Najgłębsza Miłość”. Uratowana w marcu 2024 roku z obozu drwali, skrajnie wychudzona, z widocznymi śladami ciężkiej pracy. Ma charakter babci-matriarchini, lubi „ustawiać” stado po swojemu. Nie przepada za kąpielami, częściej wybiera spokojne spacery po lesie.

Boon Yen (59 lat) „Spokój” dołączyła w listopadzie 2024 roku. Na jej grzbiecie wciąż widać ślad po turystycznym siodle. Szybko zaprzyjaźniła się z Wassaną i Nong Fai razem tworzą zgraną drużynę.

I jest jeszcze historia Nang Fa „Anioła”. Uratowana w grudniu 2024 roku jako jedna z najbardziej zaniedbanych słonic, jakie trafiły do sanktuarium. Mimo leczenia w szpitalu dla słoni w prowincji Krabi, zmarła 20 marca 2025 roku. Odeszła jednak już w miejscu, gdzie doświadczyła troski, spokoju i pełnej miski jedzenia, po raz pierwszy od bardzo dawna.

Jak wygląda taka wycieczka?

Zaczyna się od odbioru z hotelu oczywiście transport jest w cenie. Na miejscu przywitała nas kawa i herbata, małe grupy i spokojna atmosfera bez pośpiechu.

Najpierw krótka prezentacja o historii ośrodka i o tym, jak wygląda życie słoni w Tajlandii. Dostaliśmy też jasne zasady: nie podchodzimy za blisko, nie dotykamy bez zgody opiekuna, nie hałasujemy. Wszystko z szacunkiem i to czuć od pierwszej minuty.

Potem przyszła chwila, na którą Małolata czekała najbardziej, karmienie. Podchodzisz spokojnie, dostajesz przygotowane porcje jedzenia i możesz podać je słoniowi bezpośrednio do trąby.

Bliskość jest ogromna. To nie zoo za szybą. Kilkutonowe zwierzę stoi kilka metrów od Ciebie i patrzy Ci w oczy. I to jest moment, kiedy naprawdę czujesz respekt.

Następnie ruszyliśmy na spacer po terenie sanktuarium. I tu ważna rzecz nie ma sztywnej trasy. Jeśli słonie się zatrzymują, grupa się zatrzymuje. Jeśli idą w inną stronę to idziesz za nimi. To one tu rządzą.

Po drodze mijasz bambusowe chaty obserwacyjne, gdzie można usiąść i po prostu patrzeć: jak słonie żerują, jak komunikują się między sobą, jak dotykają się trąbami, jak wspólnie stoją przy wodzie.

W tle widać dolinę i wzgórza, a przy dobrej pogodzie nawet okolice . W powietrzu motyle i ważki, czasem przelatują ptaki drapieżne albo czaple przy stawie. To bardziej rezerwat przyrody niż typowa atrakcja turystyczna.

Małolata na początku była trochę zaskoczona, że „nic się nie dzieje”. A potem sama powiedziała: „Fajnie, że one mogą robić co chcą”. I to chyba najlepsze podsumowanie.

Choć spokojna obserwacja to sedno wizyty, są też atrakcje dla najmłodszych. W połowie spaceru zatrzymaliśmy się przy jednej z bambusowych wiat, gdzie dzieci dostały kartki i kredki i mogły narysować lub pokolorować swojego własnego słonia. Prosta atrakcja ale dająca sporo frajdy.

Na koniec lunch, wegetariański/wegański tajski bufet w restauracji na terenie ośrodka, tuż przy stawie.

Całe miejsce przypomina bambusową chatę, wszystko zrobione naturalnie i ekologicznie. Co najlepsze, restauracja tak jak reszta infrastruktury została zbudowana własnoręcznie przez założycieli i ich pracowników.

Podczas posiłku obserwujesz kąpiel słoni. To był jeden z najmocniejszych momentów.

Słonie podchodzą do wody, wchodzą powoli, zanurzają się prawie całe, potem nabierają wodę trąbą i polewają sobie plecy. Później błoto. Dużo błota. I wszystko w ciszy. Bez gwizdków. Bez komend. Bez „ustaw się do zdjęcia”. Patrzysz, jak bawią się same ze sobą, a Ty jesz lokalne potrawy, mając kilkadziesiąt metrów dalej pluskające się w stawie słonie.

To miejsce, w którym nie czujesz, że jesteś na atrakcji, tylko w czyimś dobrze przemyślanym projekcie.

Po lunchu i ostatnich chwilach spędzonych przy stawie wróciliśmy jeszcze do miejsca, od którego zaczęliśmy wizytę. Przy recepcji znajduje się mały sklepik z pamiątkami robionymi przez zespół sanktuarium i to nie jest typowy turystyczny stragan. Każdy zakup realnie wspiera to miejsce.

Małolata oczywiście wypatrzyła ręcznie robionego, materiałowego słonia w kolorowe kwiaty (bo kolekcja musi się zgadzać), a ja jak zawsze dorzuciłem magnes do naszej podróżniczej lodówki.
I dopiero z taką małą torbą pamiątek, ale dużą dawką emocji, ruszyliśmy dalej.

Koszty i organizacja

Wycieczka nie należy do najtańszych atrakcji na Phuket, bo ceny są wyższe niż w typowych „elephant campach”. Płaci się jednak za coś zupełnie innego: za etyczne podejście i realne wsparcie ośrodka. 

W cenie jest transfer, przewodnik, przekąska oraz możliwość karmienia słoni pod kontrolą opiekunów. Warto rezerwować wcześniej, bo liczba osób w grupie jest ograniczona.

A co, jeśli pada deszcz?

Byliśmy w porze, gdy pogoda potrafi zmieniać się z godziny na godzinę. Jeśli zacznie padać, wycieczka i tak się odbywa.

Słonie wychodzą na teren niezależnie od pogody, a deszcz w dżungli potrafi tylko dodać klimatu. Trzeba mieć lekką kurtkę przeciwdeszczową i buty, których nie szkoda ubrudzić bo błoto jest tu elementem krajobrazu.

Phuket Old Town i trudna lekcja o zwierzętach

Jako że dopiero było wczesne popołudnie, po wizycie w Hidden Forest Elephant Reserve postanowiliśmy jeszcze odwiedzić Phuket Old Town, które naprawdę warto wpisać na listę „must see” na Phuket.

Spacer zaczęliśmy od Thalang Road, głównej ulicy z charakterystycznymi, kolorowymi kamienicami w stylu sino-portugalskim, kawiarniami i sklepikami.

To właśnie tutaj w niedziele odbywa się słynny Sunday Walking Street Market. Potem skręciliśmy w Soi Romanee, wąski, pastelowy zaułek, który jest chyba najbardziej fotogenicznym miejscem w całym Starym Mieście.

Na koniec przeszliśmy Phang Nga Road spokojniejszą, mniej krzykliwą, gdzie łatwiej poczuć prawdziwy klimat miasta niż turystyczny gwar.

Jednak poza samym spacerem mieliśmy jeszcze jeden cel odwiedzić miejsce znane jako Lion Cafe.

Nie będziemy podawać adresu ani linkować strony, bo nie chcemy go promować. Chcemy natomiast uczciwie opisać nasze doświadczenie, żebyście mogli sami wyrobić sobie zdanie.

To miejsce, które formalnie funkcjonuje jako kawiarnia, ale jego główną atrakcją są młode lwy. Za dodatkową opłatą można wejść do pomieszczenia, potrzymać lwiątko na rękach i zrobić sobie z nim sesję zdjęciową.

Kawa jest tam dodatkiem i mówiąc szczerze, nie ona przyciąga ludzi.

Na początku mieliśmy zupełnie inne wyobrażenie o takich miejscach. Zakładaliśmy, że lwiątka pochodzą z legalnych hodowli, może z ogrodów zoologicznych, gdzie rozmnażanie odbywa się w ramach programów ochrony gatunku. Tak nam się wydawało dopóki nie zaczęliśmy dopytywać.

Rozmowy na miejscu nie przyniosły nam jasnych odpowiedzi. Opiekunowie nie byli w stanie jednoznacznie wyjaśnić pochodzenia zwierząt ani zasad ich dalszego losu. To wzbudziło nasz niepokój.

Po powrocie zrobiłem własny research i tu trzeba być precyzyjnym: w Tajlandii prywatne posiadanie lwów jest możliwe, jeśli zwierzę jest zarejestrowane zgodnie z lokalnym prawem. Istnieją legalne hodowle i handel zwierzętami egzotycznymi funkcjonuje w określonych ramach prawnych.

Jednocześnie organizacje zajmujące się ochroną zwierząt od lat zwracają uwagę, że komercyjne wykorzystywanie młodych drapieżników do zdjęć z turystami budzi poważne wątpliwości etyczne szczególnie ze względu na wczesne oddzielanie młodych od matek, stres, ograniczoną przestrzeń i fakt, że gdy zwierzęta dorastają, przestają być „atrakcją”. 

To są informacje pochodzące z raportów organizacji prozwierzęcych i artykułów branżowych, nie mamy jednak dowodu, że w tym konkretnym miejscu dochodzi do nielegalnego przemytu czy porywania zwierząt z natury. Tego nie jesteśmy w stanie potwierdzić.

Właściciele takich miejsc zwykle podkreślają, że działają legalnie i że zwierzęta pochodzą z hodowli. My natomiast po tym, co zobaczyliśmy i czego się dowiedzieliśmy nie czuliśmy się z tym komfortowo.

Dlatego podjęliśmy decyzję, że nie będziemy trzymać lwiątek na rękach ani robić sobie z nimi zdjęć. Nie chcieliśmy dokładać swojej cegiełki do modelu biznesowego opartego na bliskim kontakcie z dzikimi drapieżnikami.

Zamówiliśmy tylko mrożoną kawę (która, delikatnie mówiąc, nie była kulinarnym odkryciem dnia) i siedząc, patrzyliśmy na lwiątka przez szybę.

Odbyliśmy też trudną rozmowę z Małolatą. Wytłumaczyłem jej, dlaczego tym razem mówimy „nie”, mimo że możliwość potrzymania lwa brzmi jak spełnienie dziecięcych marzeń. Zrozumiała szybciej, niż się spodziewałem.

I wtedy pomyślałem, że ten dzień był dla niej jedną z ważniejszych lekcji naszej podróży.

Rano zobaczyła, jak może wyglądać etyczna opieka nad zwierzętami w Phuket Elephant Sanctuary. Po południu jak łatwo zwierzę może stać się produktem. Dwie zupełnie różne historie w ciągu kilku godzin.

Może właśnie z takich dni rodzi się prawdziwa przyszła pani weterynarz nie tylko lecząca zwierzęta, ale też rozumiejąca, że ich ochrona zaczyna się od naszych własnych wyborów.

Freedom Beach i spokojne pożegnanie z Phuket

Piąty dzień był naszym ostatnim porankiem w Palmery Resort Phuket i jednocześnie symbolicznym zamknięciem pierwszego etapu tej tajskiej przygody.

Zanim ruszyliśmy dalej do Krabi, (o czym przeczytacie w osobnym artykule TUTAJ) postanowiliśmy pożegnać wyspę dokładnie tak, jak powinno się żegnać Phuket czyli na jednej z jej najpiękniejszych plaż.

Wybór padł na Freedom Beach.

Freedom Beach co to za miejsce?

Freedom Beach to niewielka, ukryta plaża położona na zachodnim wybrzeżu Phuket, w dystrykcie Kathu, pomiędzy Patong Beach a Karon Beach. Ma około 300 metrów długości i zachowuje naturalny, kameralny charakter, bez dużych hoteli, rozbudowanej infrastruktury czy tłumów typowych dla bardziej popularnych miejsc na wyspie.

Plaża leży w niewielkiej zatoce otoczonej wzgórzami porośniętymi tropikalną roślinnością. Jasny, miękki piasek i przejrzysta, turkusowa woda sprawiają, że często wymieniana jest wśród najładniejszych plaż Phuket.

Dzięki położeniu w naturalnym wcięciu linii brzegowej bywa spokojniejsza niż pobliskie Patong czy Karon. To dobre miejsce na pływanie, relaks i snorkeling przy skalistych krańcach zatoki, gdzie można obserwować niewielkie ryby.

Infrastruktura jest ograniczona zazwyczaj działa niewielki bar z napojami i prostym jedzeniem, ale nie ma tu dużych restauracji, pryszniców czy rozbudowanego zaplecza turystycznego.

Dostęp do plaży

Freedom Beach nie jest plażą „przy drodze”, dlatego dostanie się na nią wymaga odrobiny wysiłku:

Zejście piesze:

Z głównej drogi prowadzą ścieżki przez wzgórza i zalesiony teren przypominający dżunglę. Zejście trwa około 15 – 20 minut i jest momentami strome oraz kamieniste.

W niektórych miejscach pobierana jest opłata (około 200 THB za osobę) za korzystanie z prywatnego dojścia.

Transport łodzią:

Alternatywą są tradycyjne łodzie typu longtail z Patong lub okolicznych plaż. Rejs trwa zwykle 10 – 15 minut. Cena za łódź w obie strony to zazwyczaj około 1200–1500 THB (w zależności od sezonu i negocjacji).

Plaża jest dostępna przez cały rok, jednak w porze deszczowej (mniej więcej od maja do października) warunki na morzu mogą utrudniać dopłynięcie łodzią.

Jak my dotarliśmy na Freedom Beach

Rano, po śniadaniu, zamówiliśmy samochód przez aplikację Bolt.

Najpierw musieliśmy ustalić dokładny punkt, do którego najlepiej podjechać. Na mapie Google znaleźliśmy miejsce oznaczone jako „The Lek Sand Beach Bar – Free Entrance to Freedom Beach”, przy którym widoczna była wąska ścieżka prowadząca w dół.

Na miejscu okazało się, że zejście rzeczywiście istnieje, ale nie jest spacerem po deptaku. To stroma, kamienista ścieżka biegnąca przez zalesione zbocze. Momentami trzeba było uważać, ale spokojnie daliśmy radę, w najbardziej stromych fragmentach trzymałem Małolatę za rękę.

Mijaliśmy też osoby niosące małe dzieci, więc przy zachowaniu ostrożności trasa jest do przejścia.

Dla osób mniej pewnych siebie lub podróżujących z bardzo małymi dziećmi lepszą opcją może być punkt oznaczony na mapie jako „Freedom Beach Resort & Safety / Emergency Way”. Zejście jest tam łagodniejsze, a za dodatkową opłatą można skorzystać z transportu terenowym samochodem w dół lub w górę.

Wracaliśmy właśnie tą drugą stroną, ponieważ po drodze znajdują się dwa ciekawe miejsca: Freedom Beach Swing czyli huśtawka umieszczona na wzgórzu nad plażą, popularna jako punkt do zdjęć, oraz Freedom Beach Viewpoint, punkt widokowy przy głównej drodze, z którego dobrze widać całą zatokę.

Nasz Czas na plaży

Po zejściu znaleźliśmy miejsce w cieniu, rozłożyliśmy ręczniki i od razu wskoczyliśmy do wody. Morze było spokojne, przejrzyste, a Małolata mogłaby spędzić w nim pół dnia bez przerwy.

Po kąpieli i zabawie wyskoczyliśmy do niewielkiego baru położonego na wzniesieniu. Ruch nie był duży, prawdopodobnie ze względu na dość wysokie ceny, ale dzięki temu bez problemu znaleźliśmy stolik z widokiem na całą plażę.

Przed wyjściem zeszliśmy jeszcze raz nad wodę, a następnie ruszyliśmy w górę drugą trasą, żeby zrobić kilka zdjęć na huśtawce.

Podejście było już bardziej wymagające zmęczenie dawało się we znaki dlatego ostatni odcinek do głównej drogi pokonaliśmy terenowym samochodem.

Pożegnanie z Phuket

Po południu wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w stronę Krabi. Tym samym zakończył się nasz pierwszy etap pobytu w Phuket.

A to, że przed wylotem do domu jeszcze na chwilę wróciliśmy na wyspę, tym razem w okolice lotniska i zupełnie innej, spektakularnej plaży z lądującymi nad głowami samolotami to już historia do opowiedzenia w kolejnym artykule.

Czy Phuket to dobry kierunek na rodzinny wyjazd?

Jak widać Phuket okazało się dla nas dokładnie takim miejscem, jakiego potrzebowaliśmy na pierwszy kontakt z Tajlandią. Z jednej strony piękne plaże, turkusowa woda i tropikalne krajobrazy, które zna się z pocztówek. Z drugiej świątynie, nocne markety, lokalna kuchnia i codzienne życie, które pozwala poczuć prawdziwy klimat tej części Azji.

W ciągu kilku dni zobaczyliśmy bardzo różne oblicza wyspy. Były spokojne poranki na plaży, intensywne wycieczki na rajskie wyspy Similan, spotkanie ze słoniami w etycznym sanktuarium, spacer po kolorowych ulicach Phuket Old Town i momenty, które skłaniały do refleksji nad tym, jak turystyka wpływa na zwierzęta i przyrodę.

Dla Małolaty to była podróż pełna pierwszych razów. Pierwszy raz zobaczyła słonie z tak bliska, pierwszy raz snorkelowała w turkusowej wodzie Morza Andamańskiego i pierwszy raz przekonała się, że podróże to nie tylko piękne widoki, ale też ważne lekcje o świecie.

Czy Phuket jest dobrym miejscem na rodzinny wyjazd? Naszym zdaniem zdecydowanie tak. Wyspa jest dobrze przygotowana na turystów, oferuje ogromną różnorodność atrakcji i pozwala dopasować tempo podróży do własnych potrzeb, zarówno jeśli chcecie intensywnie zwiedzać, jak i po prostu odpocząć na plaży.

Dla nas był to dopiero początek tajskiej przygody.

Bo po kilku dniach na Phuket spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy dalej na południe, do Krabi regionu, który okazał się zupełnie inną twarzą Tajlandii. Jeszcze bardziej dziką, jeszcze bardziej spektakularną i pełną miejsc, które na długo zostają w pamięci.

O tym, jak wyglądała nasza druga część podróży, przeczytacie w kolejnym artykule na blogu. [Tutaj]

Podobne wpisy