Krabi przewodnik po najpiękniejszych atrakcjach Tajlandii.

Krabi to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w południowej Tajlandii, region słynący z wapiennych klifów wyrastających prosto z morza, rajskich wysp, turkusowej wody i plaż uznawanych za jedne z najpiękniejszych w całym kraju. 

To właśnie tutaj spędziliśmy kolejne dni naszej pierwszej podróży do Tajlandii, odkrywając najciekawsze atrakcje Krabi dzień po dniu.

W tym artykule pokażemy Wam m.in. Railay Beach i Phra Nang Beach z jaskiniami, popłyniemy na wyspy Hong i Koh Lao Lading, odwiedzimy słynną Maya Bay na archipelagu Phi Phi, wdrapiemy się na Tiger Cave Temple, zajrzymy na Krabi Viewpoint i sprawdzimy, czy warto wybrać się na kajaki w Klong Root gdzie nagrywano sceny do filmu Jurassic Park. 

A wszystko to w formie naszego codziennego planu zwiedzania z praktycznymi wskazówkami, cenami, organizacją wycieczek i tym, na co warto zwrócić uwagę podróżując z dzieckiem.

To druga część naszej tajskiej serii. W pierwszym artykule opisaliśmy pięć dni w Phuket, od Kata Beach i Wat Chalong, przez Phuket Old Town, Freedom Beach, aż po wycieczkę na Similan Islands.

Jeśli jeszcze go nie czytaliście, koniecznie zajrzyjcie tam najpierw, link znajdziecie [TUTAJ].

A teraz czas na Krabi, region który pod wieloma względami okazał się zupełnie inny niż Phuket. Mówi się, że jest spokojniejszy i bardziej surowy, a jego krajobrazy wyglądają jeszcze bardziej „pocztówkowo”.

Zaczynamy nasz pierwszy dzień w Krabi.

Pierwszy dzień w Krabi: Przejazd z Phuket i wieczór na Ao Nang Night Market

Szósty dzień naszej podróży po Tajlandii rozpoczęliśmy spokojnie od śniadania w naszym hotelu Palmery Resort w Phuket. Po kilku intensywnych dniach zwiedzania wyspy przyszedł czas na kolejny etap wyprawy. O godzinie 11:30 wyruszyliśmy w drogę do Krabi, gdzie mieliśmy spędzić następne dni naszej podróży.

Podróż do naszego kolejnego hotelu Ava Sea w Ao Nang zajęła około czterech godzin, mimo że po drodze zrobiliśmy tylko jedną krótką przerwę.

 Gdy dotarliśmy na miejsce, było już popołudnie. W hotelu tylko szybko się odświeżyliśmy, rozpakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i niemal od razu ruszyliśmy w miasto. Byliśmy już naprawdę głodni, więc naszym pierwszym celem w Krabi stała się kolacja.

Po krótkim sprawdzeniu mapy wybór padł na Ao Nang Landmark Night Market.

Mapy Google pokazywały około 35 minut spaceru, choć w praktyce wyszło nieco dłużej. Zupełnie nam to jednak nie przeszkadzało, bo spacer wzdłuż głównej ulicy przy Ao Nang Beach okazał się świetną okazją, żeby poznać pierwsze wrażenia z Krabi i zobaczyć, jak wygląda ta część Tajlandii po zmroku.

Już po kilku minutach zauważyliśmy, że okolica jest zdecydowanie bardziej tętniąca życiem niż miejsce, w którym mieszkaliśmy w Phuket. Ulice pełne były małych hoteli, restauracji, barów i sklepików z pamiątkami.

Co kilka kroków trafialiśmy też na stragany z egzotycznymi owocami, między innymi z durianem, którego wraz z Małolatą spróbowaliśmy wtedy po raz pierwszy w życiu. Było też sporo innych owoców, których nazw nawet nie byliśmy w stanie rozpoznać.

Po drodze mijaliśmy również mnóstwo sklepów 7-Eleven, które w Tajlandii są niemal na każdym kroku. To coś więcej niż zwykły sklep, dla turystów to prawdziwe centrum ratunkowe.

To coś więcej niż zwykły sklep, dla turystów to prawdziwe centrum ratunkowe. Można tam kupić dosłownie wszystko: wodę, lód, kawę, gorące tosty, gotowe dania do podgrzania, kosmetyki, karty SIM czy przekąski.

Do tego klimatyzowane pomieszczenie oraz ceny, które często są niższe niż w wielu innych sklepach, sprawiają, że dla wielu turystów to pierwszy przystanek po wyjściu z hotelu w tajskim upale.

Po dłuższym spacerze w końcu dotarliśmy do Ao Nang Landmark Night Market, jednego z najpopularniejszych nocnych marketów w tej części Krabi. Już z daleka było widać kolorowe światła i słychać muzykę, a w powietrzu unosił się zapach grillowanych potraw i street foodu.

To typowy tajski nocny market, gdzie można spróbować niemal wszystkiego: od grillowanych owoców morza, przez pad thai, mango sticky rice, świeże soki i kokosy do picia, aż po naleśniki roti i różne lokalne przekąski. Obok stoisk z jedzeniem znajdują się także stragany z ubraniami, pamiątkami i drobiazgami dla turystów.

Atmosfera była naprawdę wyjątkowa – muzyka na żywo, tłumy ludzi z całego świata i luźny, wakacyjny klimat. To idealne miejsce, żeby w jednym miejscu spróbować wielu lokalnych smaków i poczuć prawdziwy klimat tajskich wieczorów.

Podczas naszego pierwszego wieczoru w Krabi spróbowałem też kilku rzeczy, których wcześniej nigdy nie jadłem. Na jednym ze stoisk zdecydowałem się na grillowane mięso krokodyla, a nawet skorpiona.

Dużym odkryciem okazał się również Moo Grob, czyli tajski chrupiący boczek (Thai Crispy Pork), który smakował naprawdę świetnie, tym bardziej że pieczony boczek w każdej postaci to jedna z ulubionych potraw Małolaty, więc dla niej był to zdecydowany faworyt wieczoru i jedna z najlepszych rzeczy, jakie jadła podczas całego pobytu w Tajlandii.

Jednak absolutnym hitem wieczoru były dla nas pierożki dim sum, tak dobre, że moja żona do dziś, gdy wspominamy Tajlandię, najczęściej wraca właśnie do ich smaku.

Przy wejściu do marketu znajdował się też mały bar przypominający klub oraz coś w rodzaju niewielkiego lunaparku z karuzelami i atrakcjami dla dzieci. Dzięki temu było to miejsce, gdzie każdy zarówno dorośli, jak i najmłodsi, mógł znaleźć coś dla siebie.

Nasza kolacja na Ao Nang Night Market okazała się tak udana, że w kolejnych dniach wracaliśmy tam jeszcze kilka razy, żeby spróbować innych potraw z ogromnej oferty street foodu.

Kiedy przyszła pora powrotu do hotelu, postanowiliśmy spróbować tuk-tuka czyli jednego z najbardziej charakterystycznych środków transportu w Tajlandii.

Przed wyjazdem słyszeliśmy wiele ostrzeżeń, że kierowcy tuk-tuków potrafią zawyżać ceny i trzeba się z nimi targować. Być może w wielu przypadkach tak jest, ale nasze doświadczenie okazało się zupełnie inne.

Po krótkiej negocjacji ustaliliśmy rozsądną cenę i ruszyliśmy w drogę. Okazało się, że tuk-tuk to nie tylko szybki transport, ale też niezła atrakcja sama w sobie. Wiele z nich jest ozdobionych kolorowymi światłami LED i neonami, a z głośników leci muzyka, trochę jak w małej, mobilnej dyskotece.

Tak było również w naszym przypadku. Kierowca włączył muzykę na życzenie naszej Małolaty, śpiewał razem z nami, machał do znajomych po drodze i co chwilę trąbił na przywitanie. Widać było, że zna tu pół miasta i kursuje na tej trasie od lat.

Jazda była momentami dość dynamiczna, trzeba pamiętać, że styl jazdy w Tajlandii bywa nieco bardziej… swobodny niż w Europie ale cała podróż była naprawdę świetną zabawą.

I w taki właśnie sposób zakończył się nasz pierwszy dzień w Krabi, od długiej podróży z Phuket, przez pierwszy spacer po Ao Nang, aż po kulinarną przygodę na nocnym markecie i szaloną przejażdżkę tuk-tukiem z powrotem do hotelu

Dzień drugi w Krabi – Railay Beach, Phra Nang Beach i Monkey Trail

Na drugi dzień w Krabi zaplanowaliśmy wędrówkę po okolicy i plażowanie, bo właśnie w tej części wybrzeża znajduje się kilka naprawdę wyjątkowych miejsc: piękne plaże, jaskinie oraz spektakularne klify.

Co ciekawe, wiele z tych miejsc jest odwiedzanych przez turystów w ramach zorganizowanych wycieczek łodzią z różnych części Krabi. My jednak postanowiliśmy odkryć je na własną rękę.

Dlatego wszystkie miejsca odwiedzone tego dnia opisujemy tutaj w formie gotowego planu jednodniowej wycieczki, który można bez problemu powtórzyć samodzielnie.

Dzięki temu można zaoszczędzić zarówno pieniądze, jak i czas, bo wszystkie te atrakcje znajdują się stosunkowo blisko siebie. Wystarczy dotrzeć na Ao Nang Beach, aby rozpocząć swoją całodniową przygodę.

Nasz hotel znajdował się w pobliżu, więc mieliśmy bardzo komfortową sytuację. Na plażę mogliśmy dotrzeć spacerem.

Monkey Trail i Pai Plong Beach

Ponieważ w okolicy znajduje się sporo ciekawych miejsc, zaczęliśmy dzień od porannego spaceru wzdłuż Ao Nang Beach, który doprowadził nas do słynnego Monkey Trail.

To krótka ścieżka prowadząca przez porośnięte dżunglą wzgórze, łącząca popularną Ao Nang Beach z dużo spokojniejszą Pai Plong Beach.

Choć ma zaledwie około 500 – 800 metrów długości, spacer potrafi być małą przygodą z widokami na Morze Andamańskie, tropikalną roślinnością i… małpami, od których wzięła się nazwa szlaku.

Ścieżka zaczyna się na samym końcu plaży Ao Nang, tuż przy klifach. Pierwszy fragment prowadzi po drewnianych schodach i kładkach, które wspinają się na niewielkie wzgórze porośnięte gęstą roślinnością.

Po drodze często można spotkać makaki długoogonowe, które przesiadują na drzewach przy wejściu na szlak. Warto jednak pamiętać, że to dzikie zwierzęta i lepiej nie karmić ich ani nie zbliżać się z jedzeniem. My tego dnia akurat nie spotkaliśmy żadnej małpy na szlaku, ale później natknęliśmy się na całą małpią rodzinę już przy plaży.

Monkey Trail jest bezpłatny i dostępny dla większości turystów, choć miejscami schody bywają strome lub śliskie po deszczu. Spacer ten świetnie pokazuje, jak blisko popularnych kurortów można znaleźć kawałek prawdziwej tropikalnej natury.

Trasa zajmuje zwykle około 15 – 20 minut w jedną stronę. Po krótkim podejściu ścieżka prowadzi w dół i nagle otwiera się widok na ukrytą zatokę z jasnym piaskiem i turkusową wodą.
To właśnie Pai Plong Beach – niewielka, spokojna plaża otoczona klifami i tropikalną roślinnością. Dzięki naturalnej izolacji od Ao Nang panuje tu znacznie spokojniejsza atmosfera.

My jednak nie zatrzymaliśmy się tu na dłużej, bo tego dnia mieliśmy jeszcze sporo miejsc do odkrycia.

Rejs na Railay Beach - jak się tam dostać

Kolejnym naszym celem była Railay Beach, na którą z tego miejsca można dostać się już tylko łodzią.

Najczęściej turyści dopływają tam z Ao Nang Beach, skąd przez cały dzień kursują tradycyjne tajskie łodzie typu long-tail boat. Rejs trwa zaledwie kilkanaście minut i zwykle kosztuje około 100 bahtów za osobę w jedną stronę. Łodzie działają trochę jak wodne taksówki, odpływają z plaży gdy tylko zbierze się komplet pasażerów.

My byliśmy jednak już na Pai Plong Beach, więc nie bardzo chciało nam się wracać do Ao Nang tylko po to, żeby złapać łódź. Postanowiliśmy spróbować szczęścia na miejscu.

Na szczęście przy plaży były akurat przycumowane dwie takie łodzie. Właściciel liczył pewnie na większą grupę turystów, ale po krótkich negocjacjach udało nam się dogadać. Za rejs na Railay zapłaciliśmy 500 bahtów za naszą trójkę i po chwili byliśmy już w drodze do kolejnej rajskiej plaży.

Railay Beach i spacer przez półwysep

Po krótkim rejsie dotarliśmy na Railay West Beach, która słynie z szerokiej piaszczystej plaży, spokojnej wody i spektakularnych wapiennych klifów wyrastających niemal prosto z morza.
To miejsce zdecydowanie zachęca, żeby zostać tu na dłużej, ale naszym celem tego dnia była jeszcze jedna plaża.

Dlatego ruszyliśmy dalej w stronę Railay East, gdzie najczęściej cumują łodzie z wycieczkami. Po drodze przeszliśmy przez Railay Walking Street czyli tętniącą życiem uliczkę pełną restauracji, sklepów z pamiątkami i stoisk ze street foodem.

Zatrzymaliśmy się tam na chwilę przy jednym ze stoisk z deserami, bo na metalowej, lodowatej płycie sprzedawca właśnie przygotowywał rolowane tajskie lody. Wylewa się na nią słodką bazę mleczną albo kokosową z dodatkami, sieka wszystko szpatułkami, rozsmarowuje cienką warstwą, a po chwili zeskrobuje w małe ruloniki.

Małolata z zaciekawieniem patrzyła, jak z płaskiej warstwy lodów powstają małe ruloniki, które po chwili trafiają do kubeczka z dodatkami, owocami, orzechami czy galaretką pandanową.

Ale, dla wielu osób z Polski taki widok wcale nie jest dziś wielką egzotyką. Rolowane lody zrobiły w ostatnich latach taką karierę nad Wisłą, że momentami można odnieść wrażenie, że są tam bardziej popularne niż w samej Tajlandii.

Princess Cave i Phra Nang Beach

Następnie ruszyliśmy ścieżką prowadzącą przez Railay Princess Way Cave, aż dotarliśmy do Princess Cave (Phra Nang Cave).
To jaskinia znajdująca się u podnóża wapiennego klifu, znana z nietypowych rytualnych ofiar składanych niegdyś przez lokalnych rybaków.

Kilka minut później dotarliśmy w końcu na Phra Nang Beach, jedną z najpiękniejszych plaż w całym Krabi. Miękki piasek, turkusowa woda i imponujące klify sprawiają, że to miejsce wygląda jak z pocztówki.

To właśnie tutaj postanowiliśmy rozłożyć nasze ręczniki i wskoczyć do wody.

Wpław na wyspę Ko Rang Nok

Z plaży bardzo dobrze widać charakterystyczną formację skalną zwaną Ko Rang Nok. To niewielka wysepka położona tuż naprzeciwko Phra Nang Beach a właściwie sam wapienny klif porośnięty roślinnością, wyrastający prosto z morza.

Takie formacje powstały miliony lat temu, gdy cały ten obszar był dnem oceanu, a skały wapienne były stopniowo erodowane przez wodę i wiatr. Dziś tworzą charakterystyczne „wieże skalne”, z których słynie region Krabi.

Wyspa jest na tyle blisko brzegu, że można dopłynąć do niej kajakiem z Railay lub Phra Nang. Niektórzy próbują też dopłynąć tam wpław.

Ja, choć nie jestem wybitnym pływakiem, postanowiłem spróbować razem z Małolatą uzbrojoną w dmuchane rękawki i koło. No i tak też zrobiliśmy.

Na miejscu nie zastaliśmy nic szczególnie spektakularnego, niewielką jaskinię i kilku turystów. Ale sama perspektywa spojrzenia na plażę z zupełnie innej strony oraz świadomość, że dopłynęliśmy tam samodzielnie, dawała ogromną satysfakcję.

Hidden Beach i tropikalna dżungla

Na Phra Nang Beach naprawdę jest co odkrywać. Warto zajrzeć do niewielkiej zatoczki zwanej Hidden Beach Railay. Ta mała plaża ukryta jest pomiędzy klifem oddzielającym Phra Nang Beach od Railay Beach.

Podczas odpływu można dojść tam wzdłuż brzegu, natomiast przy wyższym stanie wody trzeba przepłynąć krótki odcinek. W okolicy znajdują się także niewielkie jaskinie, między innymi mała grota znana jako Bat Cave.

Na mapie w tym rejonie zaznaczony jest również punkt opisany jako bioluminescencyjny plankton.

W niektórych miejscach w Tajlandii faktycznie można zobaczyć mikroskopijne organizmy, które w ciemności emitują delikatne, niebieskawe światło. Niestety, ani mnie, ani Małolacie, nie udało się tego dostrzec, ale warto się rozejrzeć, bo przy sprzyjających warunkach podobno można trafić na naprawdę magiczny spektakl natury.

My postanowiliśmy jeszcze na chwilę wejść w głąb niewielkiego pasa dżungli rosnącej tuż przy plaży. Ten fragment lasu wygląda momentami jak scena z filmu Jurassic Park, gęsta roślinność, powykręcane korzenie i tropikalny klimat robią naprawdę duże wrażenie.

Spacerując ścieżkami żartowaliśmy nawet, że może gdzieś w krzakach znajdziemy… jajko dinozaura.

Powrót do Ao Nang

Po kilku godzinach zwiedzania i plażowania nasz czas na Railay powoli dobiegał końca. Zebraliśmy więc rzeczy i ruszyliśmy z powrotem w stronę przystani.

Po drodze spotkaliśmy jeszcze małpią rodzinę, o której wspominałem wcześniej, a także ogromnego warana wodnego spacerującego wśród plażowiczów.

Gdy dotarliśmy do Railay Walking Street, dopadł nas głód. Zapach świeżo grillowanych owoców morza był tak kuszący, że postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę w jednej z lokalnych restauracji.

Po posiłku zajrzeliśmy jeszcze z ciekawości do kilku coffee shopów z marihuaną, gdzie sprzedawane były różne produkty o dość zabawnych nazwach, takich jak Happy Shake, Magic Shake czy Magic Mushroom Shake. Oczywiście tylko oglądaliśmy ofertę, ale było to ciekawe doświadczenie pokazujące, jak bardzo różni się lokalna kultura od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie.

Na plaży Railay Beach bez problemu znaleźliśmy łódź powrotną do Ao Nang. Jest tam małe stanowisko sprzedaży biletów, a łodzi kursuje naprawdę sporo, więc praktycznie o każdej porze dnia można wrócić na drugą stronę. Bilet kosztował 100 bahtów za osobę.

Po powrocie do hotelu chwilę odpoczęliśmy, a wieczorem… ponownie ruszyliśmy na night market do kulinarnego raju.

I tak zakończył się nasz drugi dzień w Krabi.

Luksusowa wycieczka łodzią Longtail na Hong Islands

Po dwóch dniach spędzonych na odkrywaniu okolic Krabi postanowiliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko plaże w pobliżu naszego hotelu. Region słynie z dziesiątek małych wysp rozsianych po Morzu Andamańskim, a wiele z nich można odwiedzić podczas jednodniowych wycieczek łodzią.

Na trzeci dzień naszego pobytu zdecydowaliśmy się więc na zorganizowaną wyprawę na wyspy archipelagu Hong.

Wycieczkę wykupiliśmy w lokalnym biurze Railay Eco Tour, które oferuje sporo różnych rejsów w okolicach Krabi. Zarówno półdniowych, jak i całodniowych, porannych, popołudniowych, a nawet takich kończących się zachodem słońca.

Na rynku działa oczywiście wiele podobnych firm, ale ta którą wybraliśmy miała bardzo dobre opinie i co dla nas ważne oferowała transport z miejsca, w którym mieszkaliśmy. Poza tym w ich ofercie znajdziemy różne warianty wycieczek: klasyczne łodzie Longtail, szybkie łodzie motorowe, a także bardziej ekskluzywne wersje rejsów.

My postanowiliśmy trochę zaszaleć i wybraliśmy opcję Luxury Longtail Boat.

Różnica w stosunku do klasycznej wycieczki jest całkiem wyraźna. Oprócz sternika łodzi dostaje się również prywatnego przewodnika, który towarzyszy przez cały dzień. Nie tylko opowiada o odwiedzanych miejscach, ale też dba o komfort uczestników między innymi przygotowuje posiłek na plaży, rozkłada matę, przynosi owoce i napoje. Sama łódź jest też nieco bardziej komfortowa, z miękkimi poduszkami i materacem.

Kilka dni później popłynęliśmy z tym samym biurem na inną wycieczkę na wyspy Phi Phi w wersji klasycznej, więc mieliśmy idealne porównanie obu opcji.

Chciałbym podkreślić, że nie jest to żadna płatna współpraca. Po prostu byliśmy z usług tej firmy naprawdę zadowoleni i dlatego możemy ją spokojnie polecić. Oczywiście ostateczny wybór należy do Was, więc warto rozejrzeć się na rynku bo być może znajdziecie ofertę jeszcze lepiej dopasowaną do swoich potrzeb.

Oficjalny plan wycieczki

Na stronie biura wycieczka figuruje jako Hong Islands Trip (Luxury Longtail Boat) Full Day. Standardowy plan obejmuje rejs z portu Ao Nam Mao Pier, wizytę na wyspie Ko Hong, wpłynięcie do malowniczej Hong Lagoon oraz przystanek na niewielkiej wyspie Ko Lao Lading.

W praktyce jednak plan wycieczki może się nieco zmieniać, zależnie od pływów, pogody albo decyzji przewodnika.
I właśnie tak było w naszym przypadku.

Jak wyglądała nasza trasa w rzeczywistości

Jeszcze przed wypłynięciem nasza przewodniczka zapytała, czy chcemy zmienić kolejność odwiedzanych miejsc. Wyjaśniła, że wyspy archipelagu Hong są bardzo popularne i w ciągu dnia potrafią być naprawdę zatłoczone.

Zaproponowała więc pewien plan: zamiast płynąć według standardowego programu, zaczniemy od wyspy Ko Lao Lading, która zwykle jest ostatnim przystankiem. Rano jest tam podobno znacznie spokojniej.
Uznałem, że to bardzo dobry pomysł.

Pierwszy przystanek – Koh Lao Lading

Po około czterdziestu minutach rejsu od portu Ao Nam Mao Pier dopłynęliśmy do pierwszej wyspy.

Już z łodzi widać było, że Ko Lao Lading jest naprawdę wyjątkowa. Niewielka zatoka tworzy niemal idealny półokrąg otoczony wysokimi skałami, a przy samej plaży rosną palmy kokosowe. Widok jest wręcz pocztówkowy.

Niestety właśnie dlatego wyspa jest też bardzo popularna wśród turystów. Plaża nie jest duża, więc wystarczy kilkanaście łodzi i robi się naprawdę tłoczno. My pojawiliśmy się tam stosunkowo wcześnie, ale i tak zaczynały już dopływać kolejne łodzie.

Dlatego spędziliśmy tam chwilę, nacieszyliśmy się widokami i ruszyliśmy dalej.

Nieplanowany przystanek – Rai Island i Ko Phak Bia

Ponieważ na Koh Lao Lading zaczęło robić się coraz tłoczniej, nasza przewodniczka zaproponowała jeszcze jeden szybki przystanek na pobliskich wysepkach.

Popłynęliśmy w okolice Ko Phak Bia oraz Rai Island, które leżą bardzo blisko siebie. Ostatecznie zatrzymaliśmy się przy tej drugiej.

Z tego miejsca świetnie widać również ciekawą formację skalną znaną jako Kissman Island. Wyspa przypomina dwie skalne głowy pochylone w swoim kierunku i stąd jej nazwa.

To właśnie tutaj wydarzyła się jedna z najzabawniejszych sytuacji tego dnia.

Kiedy turyści spokojnie spacerowali po plaży, z dżungli nagle wyskoczyła małpa i… ukradła jednemu z nich reklamówkę pełną winogron. Zwierzak błyskawicznie uciekł na skały i zupełnie bez skrępowania zaczął ucztować, podczas gdy na dole kilkanaście osób robiło mu zdjęcia.

Oczywiście my też 🙂

Hong Lagoon – naturalna laguna ukryta między klifami

Kolejnym punktem naszej wycieczki była Hong Lagoon

Już samo wpływanie do laguny robi ogromne wrażenie. Łódź przepływa przez wąskie przejście pomiędzy wysokimi wapiennymi klifami, a po chwili otwiera się przed nami spokojna zatoka o szmaragdowej wodzie.
Miejsce to naprawdę wyglądają jak z filmu przygodowego. Woda jest tu wyjątkowo spokojna, a wokół rosną mangrowce. W pewnym momencie można nawet zapomnieć, że znajdujemy się na środku morza.

Obiad na ukrytej plaży

Po wizycie w lagunie popłynęliśmy w kierunku wyspy Ko Hong, ale zanim dotarliśmy na główną plażę, zatrzymaliśmy się przy niewielkiej, bardzo spokojnej zatoce po drugiej stronie wyspy.
To właśnie tutaj nasz przewodnik przygotował dla nas obiad.

I trzeba przyznać, że wyglądało to naprawdę stylowo. Na plaży została rozłożona mata, pojawiły się świeże owoce, napoje oraz wcześniej przygotowane dania w tajskim stylu, które wybraliśmy z menu dostępnego w ofercie wycieczki jeszcze przed jej rozpoczęciem. Była też łagodniejsza, niepikantna wersja dla Małolaty.

W takiej scenerii nawet zwykły posiłek smakuje jak w dobrej restauracji.

Hong Island i wspinaczka na punkt widokowy

Po obiedzie dopłynęliśmy w końcu na główną plażę wyspy Ko Hong.

Nasz opiekun rozłożył dla nas matę, przyniósł świeże owoce i zimne napoje, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję i wejść na słynny Hong Island Viewpoint.

Nie jest to łatwy spacer.

Na górę prowadzą setki schodów i w tajskim upale można się naprawdę zmęczyć. Ale kiedy dociera się na szczyt, wszystko staje się jasne, było warto bo widok na archipelag wysp i turkusowe wody Morza Andamańskiego jest absolutnie spektakularny.

Relaks na plaży

Po zejściu z punktu widokowego wróciliśmy na plażę, gdzie czekały na nas owoce i zimne napoje.

Małolata oczywiście od razu wskoczyła do wody, a my przez kolejne dwie godziny po prostu odpoczywaliśmy, pływaliśmy i chłonęliśmy widoki.

Pod koniec dnia turystów było już znacznie mniej, więc atmosfera zrobiła się naprawdę spokojna.

Wieczorem wsiedliśmy z powrotem do naszej łodzi i ruszyliśmy w drogę powrotną do portu.

Ciekawostki o Hong Islands

Na koniec dorzucę jeszcze kilka ciekawostek i krótkich informacji o tych wyspach. Myślę, że mogą jeszcze bardziej zachęcić was do odwiedzenia tego miejsca.

Archipelag Hong Islands należy do obszaru chronionego Than Bok Khorani National Park, który obejmuje dziesiątki wysp rozsianych wzdłuż wybrzeża prowincji Krabi.

To właśnie dzięki statusowi parku narodowego przyroda w tym rejonie jest wciąż w bardzo dobrym stanie.

Dlaczego te skały mają taki kształt?

Charakterystyczne pionowe klify, które widać na większości wysp w okolicach Krabi, zbudowane są z wapienia. Skały te powstały setki milionów lat temu na dnie pradawnego morza.

Z czasem ruchy tektoniczne wypiętrzyły je ponad powierzchnię wody, a wiatr, deszcz i fale przez tysiące lat rzeźbiły ich dzisiejsze kształty.

Dlatego właśnie wiele wysp wygląda jak ogromne skalne wieże wyrastające prosto z morza.

Skąd nazwa Hong Islands?

Słowo „Hong” w języku tajskim oznacza „pokój” lub „komnatę”. Nazwa nawiązuje do naturalnych lagun ukrytych wewnątrz wysp, które przypominają zamknięte skalne komnaty.

Najlepszym przykładem jest oczywiście Hong Lagoon, do której wpływa się przez wąskie przejście pomiędzy klifami.

Jedne z najpiękniejszych wysp w okolicach Krabi

Choć w okolicach Krabi znajduje się wiele wysp, archipelag Hong jest często uznawany za jeden z najpiękniejszych w regionie. Dużą rolę odgrywa tu krajobraz: turkusowa woda, białe plaże i wysokie wapienne klify tworzą naprawdę spektakularne widoki.

Dzień czwarty w Krabi – kajaki w Klong Root i zachód słońca w Khaothong Hill

Po intensywnym dniu spędzonym na wyspach Hong następnego dnia postanowiliśmy zrobić coś zupełnie innego. Zamiast kolejnej wycieczki łodzią wybraliśmy spokojniejszą atrakcję – kajaki w dżungli niedaleko Krabi.
Naszym celem było miejsce o nazwie Klong Root Clear Water Canal. Bywa też nazywane Klong Nam Sai albo po prostu Clear Water Canal.

To krystalicznie czysty kanał rzeczny płynący przez tropikalny las, który uchodzi za jedno z najciekawszych miejsc do pływania kajakiem w okolicach Krabi. Woda jest tu tak przejrzysta, że często widać ryby i rośliny na dnie.

Dojazd i wypożyczenie kajaków

Dojechaliśmy tam bardzo prosto. Z naszego hotelu zamówiliśmy taksówkę przez Ubera i po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. 

Przy drodze znajduje się kilka punktów, w których można wypożyczyć kajaki. My zatrzymaliśmy się w pierwszym z brzegu, bo pracownik stał przy drodze i zapraszał turystów. 
Dopiero później zauważyliśmy, że w okolicy działa więcej takich miejsc, ale z tego co widzieliśmy ceny były wszędzie bardzo podobne.

Wynajęliśmy kajak trzyosobowy dla mnie, Małolaty i mamy Małolaty. Zapłaciliśmy 300 bahtów, W cenie dostaliśmy kamizelki ratunkowe oraz dużą wodoodporną torbę, do której można schować telefon, dokumenty czy inne rzeczy osobiste.

Co warto zabrać i o czym pamiętać

Warto też pamiętać o kilku prostych rzeczach przed wypłynięciem. Przede wszystkim dobrze mieć ze sobą coś do picia, nakrycie głowy, krem z filtrem i okulary przeciwsłoneczne. Słońce potrafi tu mocno przygrzać już po kilku minutach pływania. 

Przyda się również trochę gotówki, bo w dalszej części trasy znajduje się niewielki punkt, gdzie można kupić coś do picia lub prostą przekąskę, a także miejsce, w którym pobierana jest opłata za wpłynięcie do wodnego lasu. Ten fragment kanału to przyrodniczy obszar chroniony, dlatego obowiązuje niewielka opłata wstępu (50 THB dla dorosłych i 20 THB dla dzieci).

Trasa kajakowa i największe atrakcje

Początek trasy prowadzi przez spory zbiornik wodny, w którym spod powierzchni wystają zatopione drzewa i drewniane bale. Samo dopłynięcie stąd do właściwego kanału zajmuje około 20–30 minut spokojnego wiosłowania.

Już w tym miejscu widoki są bardzo klimatyczne, ale prawdziwa magia zaczyna się dopiero wtedy, gdy wpływa się do wąskiego kanału prowadzącego przez tropikalny las. Woda jest tu płytka i niezwykle przejrzysta, a wokół rosną gęste drzewa i mangrowce.
Płynąc kajakiem przez taki krajobraz, naprawdę można poczuć się jak w filmie przygodowym. Zresztą nie jest to tylko wrażenie, bo właśnie w tym rejonie kręcono sceny do filmu Jurassic World Rebirth.  Twórcy wykorzystali tutejszą dziką scenerię – zalany las, spokojne kanały i gęstą roślinność jako tło dla scen rozgrywających się w tropikalnej dżungli zamieszkanej przez dinozaury.

Trasa nie jest trudna i spokojnie poradzą sobie z nią nawet osoby bez doświadczenia w pływaniu kajakiem. Trzeba tylko uważać na zatopione pod wodą drewniane bale i korzenie drzew. Kilka razy zdarzyło nam się na nich utknąć i wtedy trzeba było odpychać się wiosłem, żeby ruszyć dalej.

Po około kolejnych 20 – 30 minutach dopływa się do miejsca, które wielu turystów nazywa Blue Lagoon. Znajduje się tam niewielka przystań, gdzie można się zatrzymać, odpocząć albo wejść do wody.

Niektórzy pływają tu, nurkują lub po prostu relaksują się w cieniu drzew. Jest też mały rodzinny punkt gastronomiczny, w którym można kupić coś do picia lub prostą przekąskę. My zamówiliśmy świeżego kokosa i zrobiliśmy sobie krótką przerwę przed drogą powrotną.

Powrót i filmowe ciekawostki

Po odpoczynku wsiedliśmy z powrotem do kajaka i tą samą trasą wróciliśmy na przystań. Cała wycieczka, płynąc spokojnym tempem i robiąc przerwę po drodze, zajęła nam około dwóch godzin.

Kiedy oddaliśmy sprzęt, jeszcze chwilę pokręciliśmy się po okolicy, żeby sprawdzić czy zostało coś z filmowej scenografii.

Rzeczywiście w kilku miejscach stoją figury dinozaurów nawiązujące do filmu. Patrząc na spokojną wodę i tropikalną roślinność łatwo zrozumieć, dlaczego filmowcy wybrali właśnie to miejsce.

Po tej przygodzie zamówiliśmy Ubera i wróciliśmy do hotelu Ava Sea Resort, żeby chwilę odpocząć i przygotować się na wieczór. A ten zapowiadał się równie ciekawie, bo na kolację mieliśmy jechać do restauracji słynącej z jednych z najpiękniejszych zachodów słońca w całej okolicy Krabi.

Kolacja z widokiem – Khaothong Hill

Khaothong Hill to restauracja i punkt widokowy położony na wzgórzu w prowincji Krabi, około 25–30 kilometrów od Ao Nang. Miejsce znajduje się z dala od głównych turystycznych kurortów i oferuje spektakularny widok na zatokę Phang Nga, Morze Andamańskie oraz charakterystyczne wapienne wyspy wyrastające z wody.

Restauracja została zbudowana na zboczu wzgórza i składa się z kilku poziomów oraz tarasów widokowych. Dzięki temu niemal z każdego miejsca można podziwiać panoramę wybrzeża, zielonych wzgórz i rozsianych po morzu wysp. 

To właśnie te widoki sprawiły, że Khaothong Hill zyskało opinię jednego z najlepszych miejsc w okolicach Krabi do oglądania zachodu słońca.

Restauracja działa od godziny 11:00 do 20:00. My przyjechaliśmy tam około 17:00, bo jak wiadomo większość gości przybywa właśnie późnym popołudniem, kiedy słońce zaczyna powoli zbliżać się do horyzontu.  W tej części Tajlandii zachód słońca jest mniej więcej około 19:00, więc mieliśmy sporo czasu, żeby spokojnie usiąść, coś zjeść i nacieszyć się widokiem.
Z okolic Ao Nang dojazd zajmuje mniej więcej czterdzieści minut. Najłatwiej dostać się tam samochodem albo skuterem. My przez większość pobytu w Krabi poruszaliśmy się taksówkami, dlatego również tym razem zamówiliśmy przejazd przez aplikację Uber i bez żadnego problemu dotarliśmy na miejsce.

Warto jednak wiedzieć, że powrót może być już trochę trudniejszy. Restauracja znajduje się na uboczu i poza nią nie ma tam zbyt dużego ruchu. My sami przez dłuższą chwilę bezskutecznie próbowaliśmy zamówić taksówkę przez aplikację.

Na parkingu co prawda stał jeden samochód, ale był to dziewięcioosobowy bus, a kierowca życzył sobie dość wysoką cenę za kurs. Na szczęście po chwili zaczęło pojawiać się więcej osób, które podobnie jak my chciały wrócić do Ao Nang i również nie mogły znaleźć transportu.

Zagadałem więc kilka osób i w końcu zebraliśmy dziewięcioosobową grupę. Kierowca rozwiózł nas później w kilka miejsc w Ao Nang, a koszt przejazdu podzieliliśmy między trzy małe grupy. Wyszło więc całkiem rozsądnie.

Gdybym jednak miał coś doradzić, najlepiej po prostu wcześniej umówić się z kierowcą, który was przywiezie na miejsce, żeby później odebrał was i odwiózł z powrotem.

Dojazd na wzgórze Khaothong Hill

Po przyjeździe na miejsce nie wjeżdża się od razu na samą górę. Na dole znajduje się parking oraz niewielka kasa, gdzie kupuje się bilet wjazdu. Dopiero potem goście wsiadają do lokalnego pick-upa lub songthaewa, który w kilka minut wwozi wszystkich na szczyt wzgórza.

Opłata wynosi zwykle około 50–60 bahtów za osobę, a część tej kwoty można później wykorzystać jako zniżkę przy zamówieniu jedzenia lub napojów w restauracji.
Na górze znajduje się kilka różnych przestrzeni dla gości. Jest zamknięta, klimatyzowana sala z dużymi panoramicznymi oknami, z których również można podziwiać widok na morze. 

Przed wejściem znajduje się też otwarta platforma ze stolikami, jednak z tej części nie widać samego zachodu słońca.

Najbardziej pożądanym miejscem są stoliki na najwyższej platformie, która w zasadzie znajduje się na dachu restauracji. To właśnie stamtąd rozciąga się szeroka panorama na zatokę Phang Nga i Morze Andamańskie.

Nie można tam jednak zarezerwować stolika ani zająć miejsca wcześniej. Wejście na tę platformę otwierane jest dopiero o godzinie 18:00 i obowiązuje minimalna kwota zamówienia wynosząca około 1000 bahtów za stolik.

Jeszcze zanim obsługa ogłosi otwarcie tej części restauracji, zaczyna ustawiać się kolejka. Kiedy w końcu pojawia się sygnał, że można wejść, ludzie dosłownie ruszają biegiem, żeby zająć najlepsze miejsca. Wygląda to trochę zabawnie, trochę jak sceny z supermarketu podczas wielkiej promocji.

My obserwowaliśmy to z boku i szczerze mówiąc nie mieliśmy ochoty brać udziału w tej małej rywalizacji o stoliki.

Nasze miejsce przy balkonie

Zamiast tego znaleźliśmy miejsce, które naszym zdaniem okazało się nawet lepsze.

Pomiędzy główną platformą a klimatyzowaną salą restauracyjną znajduje się bar. Tuż przy jego krawędzi, od strony morza, jest niewielki balkon. Nie ma tam klasycznych stolików, tylko wysoki blat przypominający barową ladę i kilka wygodnych hokerów.

Usiedliśmy właśnie tam i bardzo szybko okazało się, że był to świetny wybór. Widok był dokładnie taki sam jak z głównej platformy, ale panował znacznie większy spokój. Nikt się nie przepychał, nikt nie przechodził co chwilę obok naszego stolika, żeby zrobić zdjęcie przy zachodzie słońca.

Małolata również bez problemu usiadła na wysokim krześle, więc to miejsce sprawdziło się także z dzieckiem.

Kolacja po dniu pełnym wrażeń

Po intensywnym poranku spędzonym na kajakach nie mieliśmy czasu na lunch, więc kiedy dotarliśmy do restauracji, byliśmy już naprawdę głodni.

Na początku planowaliśmy spróbować później przenieść się na platformę z widokiem na zachód słońca, dlatego postanowiliśmy zamówić trochę więcej jedzenia, żeby bez problemu osiągnąć minimalną kwotę zamówienia. Ostatecznie jednak zostaliśmy przy naszym miejscu przy barze i wcale tego nie żałowaliśmy.

Na początek zamówiliśmy duży koszyk owoców morza, który potraktowaliśmy jako wspólną przystawkę dla wszystkich. Były tam kawałki smażonej barrakudy w chrupiącej panierce, krewetki oraz kalmary, podane z sosem tatarskim i cytryną.

Na dania główne pojawiły się dwa makarony. Moja żona wybrała makaron inspirowany słynną tajską zupą Tom Yum z krewetkami, trawą cytrynową i charakterystycznym kwaśno-pikantnym smakiem. Ja skusiłem się na kremowy makaron z grzybami eringi i sosem truflowym.

Małolata, jak to często bywa u dzieci, postawiła na klasykę, czyli nuggetsy z kurczaka i frytkami.

Na deser zamówiliśmy jeszcze kawałek czekoladowego ciasta oraz cytrusowe ciasto yuzu.

Trzeba przyznać, że mimo bardzo „restauracyjnie” brzmiących nazw wszystko było naprawdę bardzo dobre. Dania były świeże, dobrze przygotowane i dopracowane w szczegółach. Nawet nuggetsy Małolaty smakowały znacznie lepiej niż w wielu miejscach nastawionych typowo na turystów.

Do kolacji zamówiłem najpierw lampkę wina, a później skusiłem się jeszcze na kilka lokalnych piw. W tym klimacie zimne piwo naprawdę smakuje wyjątkowo dobrze. Moja żona w tym czasie testowała koktajle z menu, a Małolata delektowała się swoim truskawkowym smoothie.

Zachód słońca nad zatoką Phang Nga

Nie ma jednak co ukrywać, to nie samo jedzenie przyciąga tu ludzi. Największą atrakcją jest oczywiście zachód słońca.

Najlepszą porą na wizytę jest późne popołudnie, kiedy słońce zaczyna powoli chować się za wapiennymi klifami i wyspami zatoki Phang Nga. Wtedy niebo zaczyna zmieniać kolor na pomarańczowy, różowy i czerwony, a cała panorama wygląda naprawdę spektakularnie.

Ten moment przyciąga najwięcej odwiedzających i właśnie wtedy restauracja wypełnia się niemal do ostatniego miejsca. Wiele osób przyjeżdża tu specjalnie po to, aby zjeść kolację przy jednym z najpiękniejszych widoków w całym regionie Krabi.

Dokładnie tak było również w naszym przypadku. Przyjechaliśmy około 17:00, a zachód słońca był dopiero około 19:00, więc mieliśmy sporo czasu, żeby spokojnie zjeść kolację, odpocząć po całym dniu i obserwować, jak światło nad zatoką powoli się zmienia.

Bo choć zachód słońca to zjawisko, które powtarza się każdego dnia od początku istnienia Ziemi, to patrząc na niego z takiego miejsca jak to, naprawdę trudno nie zatrzymać się na chwilę i po prostu nacieszyć oczy tym spektaklem natury.

Następnego dnia czekała nas kolejna wycieczka na wyspy. Tym razem kierunek był jeden z najbardziej znanych archipelagów w Tajlandii.

Dzień piąty – wycieczka na Phi Phi Islands i Maya Bay

Tego dnia przyszedł czas na jedną z najbardziej znanych wycieczek w całej południowej Tajlandii – rejs na wyspy Phi Phi. To właśnie tam znajdują się jedne z najbardziej rozpoznawalnych krajobrazów w kraju: turkusowa woda Morza Andamańskiego, strome wapienne klify i niewielkie tropikalne plaże ukryte pomiędzy skalnymi ścianami.

Wycieczkę zarezerwowaliśmy ponownie w Railay Eco Tour, z którą kilka dni wcześniej płynęliśmy już na inną wyprawę po okolicznych wyspach. Tym razem jednak zamiast wersji luxury wybraliśmy standardową wycieczkę łodzią typu longtail.

I tutaj spotkała nas mała niespodzianka. Zamiast dużej grupy turystów trafiliśmy na znacznie mniejszą łódź i kameralną atmosferę. Na pokładzie byliśmy tylko my, czyli ja, żona, Małolata i sternik. 

W praktyce wyglądało to trochę jak bardziej budżetowa wersja wycieczki luxury boat, ale bez przewodnika i z nieco prostszym wyposażeniem. Za to mieliśmy dużo więcej przestrzeni i spokoju niż przy dużych zorganizowanych grupach.

Trudno powiedzieć, czy był to przypadek, czy może efekt tego, że byliśmy już klientami tej firmy wcześniej, ale zdecydowanie sprawiło to, że cały dzień zapowiadał się jeszcze przyjemniej.

Wycieczka zaczynała się rano przy Ao Nam Mao Pier, skąd łodzie wyruszają w kierunku archipelagu Phi Phi Islands.

W standardowym planie pierwszym przystankiem jest najbliższa portowi wyspa Bamboo Island.

Ponieważ jednak na ten dzień mieliśmy zaplanowany zachód słońca na łodzi, przełożony z poprzedniej wycieczki, nasza załoga zaproponowała drobną zmianę trasy.

Dzięki temu po zachodzie mieliśmy znacznie bliżej do portu, a przy okazji mogliśmy ominąć największe tłumy turystów na najbardziej popularnych wyspach. W efekcie popłynęliśmy w zupełnie odwrotnej kolejności niż większość wycieczek.

Maya Bay – najsłynniejsza plaża Tajlandii

Pierwszym miejscem, do którego dopłynęliśmy, była słynna Maya Bay. To właśnie tutaj kręcono sceny do filmu „The Beach”, a zdjęcia z tej niewielkiej zatoki od lat pojawiają się na pocztówkach i w folderach turystycznych z całego świata.

Nasza łódź nie wpłynęła jednak bezpośrednio do samej zatoki. Ze względu na ochronę środowiska łodzie nie mogą już tam cumować. Zamiast tego zatrzymują się po drugiej stronie wyspy przy pływającym pomoście w Loh Samah Bay.

To właśnie tam wysadzani są wszyscy turyści. Pomost jest ogromny i niemal bez przerwy podpływają do niego kolejne łodzie. Sternicy wysadzają pasażerów i odpływają, umawiając się wcześniej na konkretną godzinę powrotu.

Po zejściu na pomost ruszyliśmy drewnianą kładką prowadzącą przez fragment dżungli prosto na słynną plażę Maya Bay.

Widok rzeczywiście robi ogromne wrażenie. Jasny piasek, turkusowa woda i wysokie wapienne klify zamykające zatokę z każdej strony wyglądają dokładnie tak, jak na zdjęciach, które można zobaczyć w internecie.

Trzeba jednak przyznać, że miejsce jest bardzo popularne i turystów nie brakuje. Dodatkowo, ze względu na ochronę ekosystemu, nie można wchodzić do wody. Na plaży stoją pracownicy parku narodowego i pilnują, żeby nikt nie przekraczał wyznaczonej strefy przy brzegu.

My spędziliśmy tam trochę czasu spacerując po plaży, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki. W pewnym momencie usiedliśmy też na chwilę przy niewielkim punkcie gastronomicznym niedaleko plaży, gdzie kupiliśmy świeżego kokosa i trochę tropikalnych owoców.

Pileh Lagoon – turkusowa laguna między klifami

O umówionej godzinie wróciliśmy na pomost, gdzie czekał już na nas nasz sternik. Następnym przystankiem była jedna z najpiękniejszych naturalnych lagun w regionie, czyli Pileh Lagoon.

Otoczona wysokimi wapiennymi klifami laguna wygląda niemal jak ogromny naturalny basen ukryty pomiędzy wyspami. Woda ma tutaj niesamowity, szmaragdowo-turkusowy kolor i aż trudno uwierzyć, że takie miejsca naprawdę istnieją.

To właśnie tutaj zatrzymaliśmy się na pływanie. Kiedy wskoczyliśmy do wody, nasz sternik w tym czasie przygotował dla nas lunch na łodzi. Jeszcze wcześniej zapytał, czy wolimy zjeść na pokładzie czy na jednej z plaż i ostatecznie zdecydowaliśmy się na pierwszą opcję.

Po powrocie z kąpieli czekał już na nas gotowy posiłek w stylu tajskim, który wcześniej wybraliśmy z menu. Siedzieliśmy na łodzi, jedliśmy i patrzyliśmy na klify otaczające lagunę. Trudno było wyobrazić sobie bardziej malownicze miejsce na taki lunch.

Viking Cave – krótki przystanek przy słynnej jaskini

Po opuszczeniu laguny popłynęliśmy dalej wzdłuż wybrzeża wyspy. Po drodze przepłynęliśmy obok Viking Cave, jaskini znanej z charakterystycznych malowideł przypominających żaglowce.

Łódź zatrzymała się tam tylko na krótką chwilę, żeby można było zrobić kilka zdjęć. Miejsce to od lat jest również znane z tradycyjnego zbierania jadalnych gniazd jerzyków, które w Azji są uważane za prawdziwy rarytas.

Jadalne gniazda to przysmak z gniazd salangan (a nie naszych jerzyków), budowanych głównie ze śliny, popularny w Azji jako „kawior wschodu”. Są dość drogie (ok. 1200 USD/kg), bogate w białko i używane do zup oraz deserów.

Snorkeling przy Phi Phi Island

Niedaleko głównej wyspy archipelagu zatrzymaliśmy się jeszcze na snorkeling. Nasz sternik doskonale znał te okolice i bez problemu znalazł miejsce z ładną rafą koralową i sporą liczbą ryb.

Na początku do wody wskoczyłem tylko ja z kamerą. Małolata została na łodzi i obserwowała wszystko z góry. W pewnym momencie wpadło jej jednak do wody ciastko i nagle z każdej strony zaczęły przypływać ryby.

Było ich naprawdę sporo, więc po chwili Małolata stwierdziła, że też chce dołączyć. Założyła kamizelkę ratunkową i wskoczyła do wody. Wokół niej momentalnie pojawiła się cała chmara kolorowych ryb, a ja miałem przy okazji świetną okazję, żeby nagrać to wszystko kamerą pod wodą.

Monkey Beach – spotkanie z mieszkańcami wyspy

Zamiast spaceru po miasteczku na Phi Phi Island popłynęliśmy jeszcze na jedną z pobliskich plaż, znaną jako Monkey Beach.

Jak sama nazwa wskazuje, można tam spotkać sporo małp. Kilka z nich rzeczywiście kręciło się po plaży pomiędzy turystami. Niestety szybko okazało się, że nie są one szczególnie przyjaźnie nastawione.

W pewnym momencie jedna z małp zaczęła podchodzić w stronę Małolaty, co trochę ją wystraszyło. Na szczęście staliśmy blisko wody, więc szybko przenieśliśmy się w bezpieczniejsze miejsce.

Na plaży był też pracownik parku, który pilnował sytuacji i w razie potrzeby odganiał małpy niewielkim kijem. Warto pamiętać, żeby nie zostawiać tutaj rzeczy bez opieki, bo małpy potrafią bardzo szybko sprawdzić, czy w torbie nie ma czegoś do jedzenia.

Bamboo Island – spokojna plaża na zakończenie dnia

Dopiero później popłynęliśmy na Bamboo Island, która w oficjalnym planie wycieczki znajduje się na samym początku. Dzięki zmianie kolejności trafiliśmy tam już późniejszym popołudniem, kiedy większość wycieczek zdążyła opuścić wyspę i na plaży zrobiło się znacznie spokojniej.

To idealne miejsce na chwilę odpoczynku. Szeroka piaszczysta plaża, turkusowa woda i zdecydowanie mniej ludzi sprawiają, że można po prostu usiąść, popływać albo pospacerować wzdłuż brzegu.

Na wyspie działa niewielki punkt gastronomiczny, gdzie zamówiliśmy mrożoną kawę smoothie, a dla Małolaty grillowaną kukurydzę. Kukurydza szybko zainteresowała także kilku nieproszonych gości, bo po plaży spacerowały dzikie ptaki i nawet jeden kogut, który bez większego skrępowania zaglądał turystom do stolików.

Spędziliśmy tam jeszcze trochę czasu spacerując po plaży i zbierając muszelki, zanim ruszyliśmy w dalszą drogę.

Zachód słońca przy Railay Bay

Na sam koniec dnia czekał nas jeszcze jeden dodatkowy punkt programu, którego nie ma w standardowej wersji tej wycieczki. Kilka dni wcześniej pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć zachodu słońca, więc poprosiliśmy załogę o niewielkie przedłużenie wyprawy.

W drodze powrotnej łódź skierowała się w stronę Railay Bay. Kiedy słońce zaczęło powoli chować się za wapiennymi klifami i wyspami Morza Andamańskiego, cała okolica nabrała ciepłych złotych kolorów.

To był naprawdę piękny sposób na zakończenie jednego z najbardziej intensywnych dni naszej podróży po Krabi.

Po powrocie z wycieczki byliśmy już porządnie zmęczeni, ale jeszcze bardziej głodni. Co prawda w ciągu dnia mieliśmy lunch na łodzi, ale po tylu godzinach pływania, spacerów po wyspach, snorkelingu i różnych przystankach energia zaczynała się już kończyć.

Po szybkim prysznicu i chwili na odświeżenie było już jasne, że tego wieczoru czeka nas jeszcze jeden ważny punkt programu, czyli kolacja. 

Wybór padł na Kodam Kitchen, restaurację w Ao Nang, o której wcześniej czytaliśmy sporo pozytywnych opinii.

Na miejscu szybko okazało się, że nie tylko my mieliśmy taki pomysł. Lokal był pełen ludzi i od razu można było zauważyć, że cieszy się dużą popularnością.

Kelner zapisał nas na listę oczekujących i poprosił, żebyśmy usiedli razem z pozostałymi gośćmi czekającymi na wolny stolik. Całość działała bardzo prosto. Kelner wpisywał imiona do zeszytu i wywoływał kolejne osoby, gdy zwalniały się stoliki.

Chętnych było naprawdę sporo, więc ostatecznie czekaliśmy około 45 minut.

Kiedy w końcu usiedliśmy przy stole, zrobiliśmy to, co podczas wyjazdów robimy praktycznie zawsze. Każdy zamawia coś dla siebie, ale później i tak częstujemy się nawzajem, żeby spróbować różnych smaków.

Dzięki temu można poznać więcej lokalnych dań i nie zastanawiać się później, czy przypadkiem wybór sąsiada przy stole nie okazał się lepszy.

Tym razem zamówiliśmy kilka różnych dań. Na stole pojawiły się chrupiące kalmary z czosnkiem, kremowe czerwone curry z krewetkami i ananasem z Krabi, smażony boczek z liśćmi kaffiru oraz klasyczna zupa Tom Yum z krewetkami.

Małolata postawiła na bezpieczny wybór, czyli skrzydełka z kurczaka w słodkim sosie, które chyba najszybciej znikały z talerza.

Na deser spróbowaliśmy jeszcze gotowanego banana podawanego z mlekiem kokosowym. Brzmi dość nietypowo, ale właśnie podczas takich wyjazdów fajnie jest odkrywać nowe smaki i próbować rzeczy, których raczej nie zamawia się na co dzień.

Całościowo Kodam Kitchen okazało się po prostu solidnym miejscem na kolację w Ao Nang.

 Wszystko było w porządku: jedzenie smaczne, porcje konkretne, a obsługa sprawna mimo dużej liczby gości. Idealne miejsce na spokojny posiłek po intensywnym dniu, bez większych zaskoczeń, ale też bez rozczarowań.

Dzień szósty – Sylwester w Krabi – jak wygląda Nowy Rok w Tajlandii?

Nowy Rok w Tajlandii obchodzony jest bardzo hucznie, co daje mnóstwo możliwości spędzenia sylwestrowej nocy.

W Krabi, szczególnie w turystycznej dzielnicy Ao Nang, nie brakuje atrakcji, jest sporo barów, restauracji i klubów. Każdy może znaleźć coś dla siebie, od spokojnej kolacji przy plaży aż po całonocną imprezę w klubie.

Warto jednak wiedzieć, że choć 31 grudnia obchodzony jest tutaj bardzo podobnie jak w Europie, to w rzeczywistości nie jest to najważniejsze noworoczne święto dla Tajów.

Największym i najbardziej tradycyjnym jest Songkran, obchodzony w połowie kwietnia. To wtedy całe ulice zamieniają się w jedną wielką wodną bitwę, która symbolizuje oczyszczenie i nowy początek.

Sylwester, który my znamy, ma tutaj bardziej międzynarodowy charakter, szczególnie w turystycznych miejscach takich jak Krabi czy Phuket.

Oczywiście podróżując z dzieckiem, możliwości są trochę bardziej ograniczone. Trudno wyobrazić sobie spędzenie całej nocy w głośnym klubie dyskotekowym, dlatego my postanowiliśmy wybrać spokojniejszą opcję. 
Nasz plan był prosty, kolacja w restauracji przy plaży, a o północy powitanie Nowego Roku w tajskim stylu, czyli wypuszczenie lampionu szczęścia do nieba.

Tego dnia w całym Ao Nang można było kupić ich naprawdę mnóstwo. Lampiony pojawiały się na straganach obok fajerwerków, a po zmroku zaczęły unosić się w powietrze jeden za drugim, jeszcze długo przed północą.

Ten zwyczaj symbolizuje pozostawienie za sobą problemów starego roku i wysłanie w niebo życzeń na kolejny.

Latający lampion, nazywany także lampionem szczęścia lub latarnią Kongminga, to niewielki papierowy balon wypełniony gorącym powietrzem. Na dole znajduje się małe źródło ognia, które ogrzewa powietrze w środku, dzięki czemu lampion powoli unosi się w niebo.

Rezerwacja restauracji na Sylwestra w Krabi

Jeśli ktoś planuje spędzić Sylwestra w Krabi w podobny sposób, naprawdę warto pomyśleć o rezerwacji stolika dużo wcześniej. Najlepsze miejsca przy plaży potrafią być zajęte nawet kilka tygodni przed końcem roku

My zrobiliśmy rezerwację odpowiednio wcześniej, a mimo to znalezienie dobrego miejsca nie było już takie proste.

Na szczęście udało nam się zarezerwować stolik w restauracji Lomtalay Aonang, położonej w świetnym miejscu, tuż przy samej plaży. 

Restauracja funkcjonowała tam już wcześniej, jednak przez jakiś czas była zamknięta i niedawno została ponownie otwarta, prawdopodobnie pod nowym zarządem.

Warto też wiedzieć, że wiele restauracji w Ao Nang podczas sylwestrowych rezerwacji wprowadza minimalną kwotę zamówienia, którą trzeba wydać przy stoliku.

My na kolację zamówiliśmy duży grillowany plater frutti di mare oraz kilka sylwestrowych drinków, oczywiście także bezalkoholowych dla Małolaty.

Sylwester przy plaży w Ao Nang

Tego dnia praktycznie każda restauracja przygotowała dla swoich gości dodatkowe atrakcje. W wielu miejscach można było zobaczyć muzykę na żywo, pokazy taneczne czy pokazy fajerwerków. 

U nas pojawił się nawet krótki pokaz tradycyjnej tajskiej sztuki walki Muay Thai w wykonaniu młodych zawodników.

Jednak prawdziwe sylwestrowe życie toczyło się na samej plaży. Restauracje i bary ustawione wzdłuż wybrzeża organizowały własne imprezy, więc praktycznie cała plaża zamieniła się w jeden wielki sylwestrowy festiwal. 

To właśnie tutaj najlepiej widać, jak popularny jest Sylwester wśród turystów, tłumy są naprawdę duże i z każdą godziną robi się coraz gęściej.

Dodatkowo nasza restauracja znajdowała się tuż obok Bamboo Beach Club Krabi, jednego z największych klubów w Ao Nang. Tam impreza była już naprawdę zrobiona z rozmachem, klubowa muzyka, mnóstwo świateł, lasery i pokazy taneczne na plaży.

Największe wrażenie robiły jednak pokazy fire show, czyli spektakularne występy z ogniem. Artyści żonglowali płonącymi rekwizytami, łącząc taniec z elementami teatru. Wyglądało to naprawdę widowiskowo, zwłaszcza na tle nocnego morza.

Powitanie Nowego Roku

O północy zrobiło się naprawdę głośno. Nad plażą pojawiły się setki fajerwerków, a w powietrze poleciało mnóstwo lampionów. Widok setek świateł unoszących się nad morzem robi naprawdę ogromne wrażenie i jest jednym z tych momentów, które długo zostają w pamięci.
Choć cały dzień spędziliśmy na spokojnym odpoczynku przed Sylwestrem, to długa i pełna wrażeń noc zrobiła swoje. Było już po północy, a zmęczenie, szczególnie u Małolaty zaczęło brać górę. Dlatego mniej więcej około pierwszej w nocy wróciliśmy do hotelu.

Szybko okazało się, że nie będzie to takie proste. Ulice Ao Nang były kompletnie zakorkowane i praktycznie nie było szans złapać tuk-tuka ani taksówki.

To jest coś, na co zdecydowanie warto się przygotować. W noc sylwestrową transport potrafi być naprawdę dużym problemem.

Postanowiliśmy więc wrócić pieszo wzdłuż plaży. Z perspektywy czasu nie była to chyba najlepsza decyzja, szczególnie z dzieckiem. 

Na plaży było bardzo tłoczno, wszędzie odpalano fajerwerki, a sporo osób było już pod wpływem alkoholu. W powietrzu unosił się dym, wokół leżały niedopałki fajerwerków, a kolejne lampiony startowały co chwilę.

Dla rodzin z dziećmi zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest spędzenie Sylwestra w restauracji i obserwowanie wszystkiego z bezpiecznej odległości, zamiast przeciskania się przez tłum na plaży.

Małolata w pewnym momencie trochę przestraszyła się hałasu i zaczęła panikować.

Na szczęście udało nam się bezpiecznie dotrzeć do hotelu. Tam już tylko szybki prysznic i wszyscy padliśmy ze zmęczenia. Małolata zasnęła dosłownie w kilka sekund.

Mimo tłumów i całego sylwestrowego chaosu było to bardzo ciekawe doświadczenie i zupełnie inne powitanie Nowego Roku niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie.

Dzień siódmy w Krabi: Tiger Cave Temple i 1260 schodów, które przetestują Twoją kondycję

Po intensywnej sylwestrowej nocy Krabi wyraźnie zwolniło tempo. W wielu hotelach i hostelach dzień zaczął się później niż zwykle a hangover skutecznie zatrzymywał dorosłą cześć turystów w pokojach.

Dzięki temu popularne miejsca, które na co dzień potrafią pękać w szwach, tego dnia były zaskakująco spokojne.

Nie zamierzaliśmy tego zmarnować. Skoro los (i sylwestrowa noc) dały nam trochę więcej przestrzeni, postanowiliśmy ruszyć w stronę jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc w regionie.

Tego dnia na cel wzięliśmy Tiger Cave Temple – świątynię, która z jednej strony przyciąga swoją duchową atmosferą, a z drugiej… potrafi solidnie dać w kość każdemu, kto chce zdobyć jej słynny punkt widokowy.

Czym jest Tiger Cave Temple?

Wat Tham Suea, czyli Tiger Cave, położony niedaleko Krabi Town, to nie jedna świątynia, lecz cały kompleks podzielony na kilka części:

Phra Maha That Chedi – złota stupa przy Tiger Cave Temple

Otwarta w październiku 2025 roku

Phra Maha That Chedi to jedna z najbardziej charakterystycznych budowli w całym kompleksie Tiger Cave Temple. Już na pierwszy rzut oka przyciąga uwagę swoją wysokością oraz biało-złotą kolorystyką, która mocno kontrastuje z zielenią otaczającej ją dżungli.

Wejścia do świątyni strzegą dwa pięciogłowe węże Naga – symbole obecne w wielu buddyjskich świątyniach, które mają chronić to miejsce i podkreślać jego duchowe znaczenie.

Phra Maha That Chedi to stosunkowo nowa konstrukcja w porównaniu do samej świątyni, której początki sięgają lat 70. 

Budowa stupy trwała przez dłuższy czas (i w niektórych częściach wciąż bywa rozwijana) i jest elementem rozbudowy całego kompleksu religijnego.

Jej celem jest podkreślenie znaczenia tego miejsca jako ważnego ośrodka duchowego.

Nie jest to więc „stara świątynia z historią sprzed setek lat”, ale nowoczesna budowla wpisana w tradycyjną, buddyjską formę.

Gdzie się znajduje?

To ważne, bo wiele osób się myli. Stupa nie znajduje się na szczycie góry. Znajduje się na dole kompleksu, w okolicach parkingu i głównego wejścia. To właśnie ją najczęściej widzisz jako pierwszą zaraz po przyjeździe.

Czym właściwie jest „chedi”?

Chedi (czyli stupa) to bardzo ważny element architektury buddyjskiej. Służy jako miejsce przechowywania relikwii, ma znaczenie symboliczne, reprezentuje oświecenie Buddy i często jest miejscem modlitwy oraz medytacji.

W Tajlandii takie budowle spotkasz w wielu świątyniach, ale tutaj jej skala naprawdę robi wrażenie.

Tiger Cave – właściwa świątynia i jaskinia

Kolejnym miejscem wchodzącym w skład kompleksu jest Tiger Cave, czyli właściwa świątynia i jaskinia, od której wszystko się zaczęło.

Świątynia powstała w latach 70. XX wieku jako miejsce medytacji dla mnichów buddyjskich i do dziś pełni właśnie taką funkcję.

Nazwa „Tiger Cave” (Jaskinia Tygrysa) nie jest przypadkowa i wiąże się z lokalnymi legendami.

Jedna z nich opowiada o mnichu, który podczas medytacji w jaskini miał wizje tygrysów krążących wokół niego. Inna mówi, że w przeszłości faktycznie żyły tu tygrysy. Są też teorie, że formacje skalne wewnątrz jaskini przypominają odciski łapy tygrysa.

Miejsce do dziś jest wykorzystywane przez mnichów do modlitwy i medytacji, dlatego panuje tu cisza oraz bardzo spokojna, wręcz kontemplacyjna atmosfera.

Za świątynią prowadzi ścieżka do miejsca znanego jako „odcisk tygrysa”, znajdującego się w obrębie Khao Tham Suea Forest.

Khao Tham Suea Pahksa Sawan Krabi Urban Forest – dżungla u podnóża

U podnóża świątyni znajduje się również teren: Khao Tham Suea Forest. To coś w rodzaju naturalnego lasu tropikalnego, miejsca spacerów i medytacji, należy do mniej turystycznej części kompleksu.

Znajdziesz tam: stare drzewa, ścieżki w cieniu, jaskinie i miejsca odosobnienia mnichów.

Golden Buddha Viewpoint – punkt widokowy na szczycie

Ostatnią, ale zdecydowanie najważniejszą częścią kompleksu, z którą większość osób kojarzy to miejsce jest punkt widokowy ze Złotym Buddą na szczycie góry.

To właśnie dla tego widoku wielu turystów decyduje się na wizytę w Tiger Cave Temple.

Na wysokości około 309 metrów znajduje się ogromny złoty posąg Buddy, niewielka świątynia oraz platforma widokowa, która oferuje jedne z najlepszych panoram w całym regionie Krabi.

Rozciąga się stąd widok na gęstą dżunglę, charakterystyczne wapienne klify, panoramę miasta Krabi, a przy dobrej pogodzie nawet na morze.

Na górę prowadzą słynne Wat Tham Suea Stairs.

Wat Tham Suea Stairs 1260 schodów – wejście, które weryfikuje formę

Największą atrakcją (i jednocześnie największym wyzwaniem) jest wejście na szczyt.

Do pokonania jest ponad 1200 stromych, nierównych schodów, które potrafią solidnie dać w kość nawet osobom w naprawdę dobrej formie.

Tiger Cave Temple – więcej niż jedna atrakcja

Jak widać, cały kompleks to coś znacznie więcej niż jeden punkt na mapie. To miejsce, które łączy w sobie świątynie i przestrzenie modlitwy, dziką dżunglę i naturalne ścieżki oraz spektakularny punkt widokowy na szczycie wzgórza.

Nasza przygoda od początku

Jak już wspomniałem wcześniej, wybraliśmy się tutaj w noworoczny poranek (1 stycznia 2026 roku). I tym razem, jak zazwyczaj, żeby się tu dostać, wybraliśmy taksówkę, która bez problemu przywiozła nas z Ao Nang.

Z dość sporego parkingu ruszyliśmy w kierunku budynku Phra Maha That Chedi, którego nie da się przeoczyć bo już z daleka przyciąga swoją uwagę, a szczególnie  wejście, strzeżone przez charakterystyczne pięciogłowe węże Naga.

Zanim jednak przekroczyliśmy bramę, zostaliśmy zatrzymani przez osobę pilnującą porządku i biletów wstępu. Byliśmy trochę zaskoczeni, bo wcześniej wstęp był darmowy. Jak się okazuje, po zakończeniu prac i otwarciu Phra Maha That Chedi wprowadzono niewielką opłatę  w wysokości 100 bahtów za osobę.

Przy wejściu zwracana jest również uwaga na odpowiedni ubiór. Obowiązują tu standardowe zasady jak w świątyniach: zakryte ramiona i kolana, spokojne zachowanie oraz szacunek dla mnichów, bez nachodzenia i robienia zdjęć bez potrzeby.

Wnętrze świątyni i ceremonia Sai Sin

Po wejściu do środka od razu widać, że to miejsce robi ogromne wrażenie. Ściany zdobią bogate, kolorowe freski oraz złote malowidła przedstawiające sceny związane z buddyzmem i samym kompleksem świątynnym.

Na jednym z nich zauważyliśmy postać przypominającą wielorękiego wojownika jadącego na słoniu, symbolu siły i władzy. Tego typu przedstawienia nawiązują do bóstw i istot opiekuńczych, które według wierzeń chronią świątynie oraz wiernych przed złem.

Inne malowidła ukazywały sceny z życia mnichów, fragmenty otaczającej dżungli oraz charakterystyczne elementy kompleksu, które można zobaczyć również podczas zwiedzania.

Szczególnie zapadł nam w pamięć jeden fresk przedstawiający mnicha wędrującego po skalistym zboczu w kierunku jaskini, u której wejścia znajdują się tygrysy. To bezpośrednie nawiązanie do legend, od których świątynia wzięła swoją nazwę.

W centralnej części znajduje się bogato zdobiony relikwiarz przypominający niewielką stupę, zamknięty w szklanej konstrukcji i otoczony kolumnami oraz wijącymi się wokół niego figurami Naga. To właśnie tutaj odbywają się krótkie ceremonie religijne.

My trafiliśmy akurat na ceremonię Sai Sin czyli tradycyjny tajski rytuał, podczas którego mnich błogosławi uczestników, wiążąc im na nadgarstku cienką, świętą nić. Symbolizuje ona ochronę i duchowe wsparcie.

Najczęściej jest biała, choć zdarzają się też czerwone lub żółte.
Ceremonia odbywa się w ciszy i skupieniu, a nici nie powinno się zdejmować, powinna sama odpaść.

Ofiary i tradycje

Podczas ceremonii uczestnicy składają dary. Widzieliśmy zarówno produkty spożywcze, jak i bardziej symboliczne ofiary.

Najważniejszą z nich jest materiał w charakterystycznym, żółto-pomarańczowym kolorze – to element ceremonii ofiarowania szat mnichom. 

Tkaniny te owija się wokół stup lub posągów Buddy jako symbol ochrony, wdzięczności i duchowej zasługi, która według wierzeń ma znaczenie także w przyszłym życiu.

Czas na wyzwanie – schody na szczyt

Po wyjściu ze świątyni wiedzieliśmy że to dopiero początek. Przed nami było największe wyzwanie tego dnia, czyli wejście na słynne schody prowadzące na Golden Buddha Viewpoint.

Nie zastanawialiśmy się długo. Uzbrojeni w sportowe buty, wodę i krem z filtrem ruszyliśmy na górę.

I od razu tutaj zaznaczę te rzeczy to absolutna podstawa. Wysoka temperatura, wilgotność i wysiłek potrafią dać w kość, a z relacji innych turystów słyszeliśmy nawet o omdleniach.

Na dole, niedaleko schodów, stoi duży zbiornik z wodą dla turystów. Teoretycznie „drinking water”, ale widząc pływające w środku puste plastikowe butelki… lepiej mieć swoją.

Małpy – uważaj na jedzenie

Już na starcie wiedzieliśmy, że trzeba uważać na jedzenie. W okolicy kręci się sporo małp, które potrafią być naprawdę sprytne i bezczelne.

Najwięcej spotkacie ich na dole, gdzie kręci się najwięcej turystów. Widzieliśmy kilka, ale na szczęście obeszło się bez żadnych „akcji” ograniczyliśmy się do zdjęć i trzymaliśmy jedzenie schowane.

Warto pamiętać, że to dzikie zwierzęta. Szczególnie trzeba uważać na dzieci,  przekąski w ręku to dla małpy łatwy cel, a taka sytuacja może skończyć się naprawdę nieprzyjemnie.

1260 schodów i nagroda na szczycie

Wchodziliśmy spokojnie, robiąc co jakiś czas przerwy. Mniej więcej w połowie drogi trafiliśmy na miejsce z ławką, gdzie można było chwilę odsapnąć to był idealny moment na przekąskę i łyk wody. Ja miałem nawet lód w termosie, więc udało się zrobić małe, chłodne „orzeźwienie”.

Po kolejnych minutach wspinaczki dotarliśmy na szczyt. I tu nie ma co ukrywać było warto.

Na górze czeka ogromny złoty posąg Buddy oraz platforma widokowa, z której rozciąga się panorama całej prowincji Krabi. Wapienne skały wyrastające z dżungli, miasto gdzieś w oddali i morze na horyzoncie a wszystko wygląda jak z pocztówki.

Na miejscu pod platformą jest też trochę cienia, więc można spokojnie usiąść i odpocząć. My właśnie tak zrobiliśmy? chwila przerwy, coś do jedzenia i jeszcze jeden zimny napój z termosu.

Zejście i… drugi świat na dole

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dół. Zejście jest zdecydowanie łatwiejsze, ale kiedy dotarliśmy na dół, nogi dawały o sobie znać, były zmęczone i lekko drżały.

Dla wielu osób to właśnie tutaj kończy się zwiedzanie. Część jest po prostu wykończona, inni nawet nie wiedzą, że to jeszcze nie wszystko.

Wejście do właściwej świątyni Tiger Cave i ukrytej w dżungli jaskini znajduje się trochę na uboczu, po lewej stronie zaraz po zejściu ze schodów.

Trzeba pokonać kolejne stopnie, co po wcześniejszej wspinaczce potrafi skutecznie zniechęcić.

My jednak poszliśmy dalej i to była świetna decyzja.

Po chwili znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Zamiast słońca i otwartej przestrzeni, przyjemny chłód i gęsta, tropikalna dżungla.

Ogromne drzewa, takie jak figowce i wysokie dipterokarpy, z rozłożystymi korzeniami wyglądały, jakby rosły tu od setek lat, tworząc klimat rodem z filmu przygodowego.

Ścieżka prowadziła nas między potężnymi pniami i wapiennymi skałami. Po drodze mijaliśmy domki mnichów, miejsca medytacji ukryte wśród zieleni oraz niewielkie ołtarze. Całość miała spokojny, wręcz mistyczny klimat.

Na końcu tej trasy czekała właściwa Tiger Cave czyli jaskinia świątynna ukryta w skale, od której całe to miejsce wzięło swoją nazwę.

Powrót i koniec dnia

Zmęczeni, ale z głowami pełnymi wrażeń, wróciliśmy na parking i ruszyliśmy w stronę hotelu. To był powolny, spokojny koniec naszego pobytu w Krabi.

Wieczór upłynął już na odpoczynku i pakowaniu, bo kolejnego dnia czekała nas podróż do Phuket w pobliże lotniska, gdzie mieliśmy spędzić jeszcze jedną noc przed powrotem do domu.

Ostatnie chwile w Tajlandii – Phuket przy lotnisku.

Na ostatni dzień w Tajlandii postanowiliśmy przenieść się bliżej lotniska. Lot do domu mieliśmy wcześnie rano, więc nie chcieliśmy stresować się poranną podróżą z Krabi na międzynarodowe lotnisko w Phuket.

Wynajęliśmy pokój na jedną noc w hotelu Maya Phuket Airport Hotel, położonym zaledwie około 10 minut spacerem od terminala.

Nasza droga z Krabi do Phuket trwała nieco ponad dwie godziny. Na miejscu byliśmy jeszcze przed południem, więc postanowiliśmy wykorzystać ten czas i zobaczyć okolicę.

Jeśli ktoś planuje nocleg w pobliżu lotniska, warto wiedzieć, że poza ładnymi plażami znajdzie tu też kilka ciekawych atrakcji. Dla rodzin z dziećmi dobrą opcją może być Splash Jungle Water Park, który znajduje się praktycznie przy samym lotnisku.

Z naszego researchu wynikało, że ma bardzo dobre opinie. My co prawda nie zdążyliśmy go odwiedzić, ale warto o nim wspomnieć, jeśli ktoś zastanawia się, co robić w tej okolicy poza plażowaniem.

My początkowo też braliśmy go pod uwagę, ale szybko doszliśmy do wniosku, że na takie miejsce warto przeznaczyć minimum jeden cały dzień. A nam zostało tylko pół dnia, w zasadzie jedno popołudnie.

Dlatego postanowiliśmy spędzić ten czas na pobliskiej plaży Mai Khao Beach, do której dojście z naszego hotelu zajęło nam około 15 minut.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w Sea Calm Cafe i to było jedno z największych zaskoczeń tego dnia.

To niepozorna kawiarnia położona przy Perennial Resort, zaledwie kilka minut od lotniska. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykłe miejsce przy drodze, które łatwo minąć. 

Na mapach Google dużo lepiej oznaczony jest znajdujący się tam Juice Bar, przez co można odnieść wrażenie, że to właśnie tak nazywa się cały lokal.

W środku czeka jednak zupełnie inny klimat niż można by się spodziewać. Dużo zieleni, spokojna atmosfera, czysto i przyjemnie.

Można usiąść zarówno w klimatyzowanym wnętrzu, jak i w ogrodzie.

Jedzenie było świeże, estetycznie podane i naprawdę bardzo smaczne. To miejsce zdecydowanie wyróżniało się na tle okolicznych lokali.

Szerzej o tym, co dokładnie zamówiliśmy, opiszemy jeszcze w osobnym artykule o kulinarnej stronie naszej podróży po Tajlandii.

Wieczorem wróciliśmy tu ponownie. Początkowo chcieliśmy zjeść coś w stylu street food przy głównej drodze w okolicy lotniska, ale szybko się rozczarowaliśmy.

Część miejsc była już zamknięta, a inne nie wyglądały zbyt zachęcająco. Dodatkowo natknęliśmy się na spore karaluchy i szczury, co skutecznie odebrało nam apetyt.

Dlatego ostatecznie wróciliśmy właśnie do Sea Calm Cafe to była bardzo dobra decyzja.

Więc jeśli traficie w okolice lotniska, zamiast testować przypadkowe miejsca, lepiej od razu zajrzyjcie do Sea Calm Cafe bo to sprawdzony pewniak i naprawdę ciężko się tu zawieść.

Mai Khao Beach. Spokojna plaża i samoloty nad głową

Po lunchu ruszyliśmy na plażę Mai Khao Beach. To najdłuższa plaża na Phuket, mająca ponad 10 kilometrów długości i położona na północnym krańcu wyspy, tuż przy lotnisku.

Jest częścią parku narodowego Sirinat, dzięki czemu zachowała swój naturalny charakter.

Nie ma tu tłumów ani rozbudowanej infrastruktury turystycznej. Jest za to cisza, przestrzeń i dzika natura.

Jedną z największych atrakcji jest bliskość pasa startowego. W niektórych miejscach można zobaczyć samoloty lądujące dosłownie nad głową.

Nam się poszczęściło bo morze tego dnia było wyjątkowo spokojne. Rozłożyliśmy ręczniki i od razu wskoczyliśmy z Małolatą do wody.

Dla tych, którzy wolą spacery, plaża jest naprawdę ogromna. Można iść kilometrami wzdłuż brzegu, na przykład w kierunku Nai Yang Beach. Po drodze, przy odpływie, można trafić na niewielką łachę piachu znaną jako Coral Cemetery, gdzie da się znaleźć muszelki i fragmenty koralowców.

Samoloty, emocje i mała przygoda na plaży

Największą atrakcją jest jednak punkt widokowy przy pasie startowym. Od miejsca, w którym weszliśmy na plażę, było tam może 300 metrów, więc ruszyliśmy w tamtym kierunku.

Widok lądujących samolotów robi ogromne wrażenie. Maszyna przelatująca kilkadziesiąt metrów nad głową i huk silników to coś, czego się nie zapomina.

Małolata w pewnym momencie trochę się przestraszyła i zaczęła uciekać wzdłuż plaży jak najdalej od tego miejsca.

To pokazuje, że dla dzieci takie doświadczenie może być zarówno fascynujące, jak i trochę przerażające, więc warto mieć to na uwadze.

Kiedy oddaliliśmy się od pasa startowego, zostaliśmy jeszcze chwilę na plaży. Niestety, jak to zwykle bywa, czas w takich momentach mija zdecydowanie za szybko

Słońce zaczęło powoli zachodzić i zrobiło się naprawdę klimatycznie.

Wracając w stronę hotelu, spotkała nas jeszcze jedna fajna sytuacja. Natknęliśmy się na lokalnego mieszkańca, który łowił ryby. Z tego co zrozumieliśmy, próbował złapać coś na kolację. W pewnym momencie udało mu się złowić niewielkiego kalmara.

Zatrzymaliśmy się na chwilę i obserwowaliśmy, jak łowi. Po chwili podał mi wędkę, żebym sam spróbował. Nie jestem jakimś wielkim wędkarzem, ale lubię takie rzeczy, więc spróbowałem swoich sił. Niestety nic nie złowiłem, ale samo doświadczenie było bardzo fajne.

To właśnie takie momenty najbardziej zapadają w pamięć. Nie tylko miejsca, ale też ludzie.

Powolne pożegnanie z Tajlandią

Zrobiło się już dość ciemno, więc wróciliśmy do hotelu. Zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać trochę wcześniej, bo rano czekała nas długa podróż do domu.

Szczerze mówiąc, pisząc te ostatnie słowa, mam w sobie lekką nostalgię. Trochę jakbyśmy jeszcze raz przeżywali zakończenie tej podróży.

Mam jednak nadzieję, że nasza historia, opisana na blogu w osobnych artykułach o Phuket i Krabi, pomoże Wam lepiej zaplanować własny wyjazd do Tajlandii, odkryć ten fascynujący kraj i spędzić tu niezapomniane chwile.

Podobne wpisy

  • Phuket, nasz pierwszy raz w Tajlandii.

    Phuket, największa wyspa Tajlandii i dla wielu pierwszy krok w azjatycką przygodę. Jeśli planujesz swój pierwszy wyjazd do Tajlandii i zastanawiasz się, co zobaczyć na Phuket, jak zaplanować dni, które atrakcje naprawdę są warte czasu i pieniędzy oraz jak zorganizować wycieczki na Similan Islands czy wizytę w sanktuarium słoni, w tym wpisie znajdziesz wszystko w jednym miejscu.
    Opisujemy nasz pobyt dzień po dniu: od plaż w okolicach Kata Beach, przez najważniejsze świątynie Phuket, po rajskie wyspy Morza Andamańskiego i Phuket Old Town. Są konkretne wskazówki, koszty, organizacja transportu, plusy i minusy popularnych atrakcji oraz nasze szczere wrażenia z pierwszego kontaktu z Tajlandią. Jeśli chcesz dobrze zaplanować Phuket i uniknąć typowych błędów początkujących to ten artykuł jest dla Ciebie.