Thor’s Cave – jaskinia, która robi wrażenie! 

Październikowy weekend, prognoza pogody łaskawa, więc długo się nie zastanawialiśmy, plecaki spakowane, aparat, lornetka, drobne przekąski, coś do picia i wraz z Małolatą byliśmy gotowi na kolejną przygodę. 
Tym razem postanowiliśmy zajrzeć w samo serce Peak District, do miejsca, które od dawna kusiło nas na zdjęciach — Thor’s Cave.
To jedna z najbardziej znanych jaskiń w tej części Anglii, ukryta w wapiennym wzgórzu nad doliną rzeki Manifold. 
Wystarczy jedno spojrzenie na to monumentalne wejście, żeby zrozumieć, dlaczego nazywa się właśnie tak jakby rzeczywiście mieszkał tu sam nordycki bóg piorunów.

Jak dojechać do Thor’s Cave

Naszą wyprawę zaczęliśmy od przejazdu do niewielkiej miejscowości Wetton, w pobliżu której znajduje się jaskinia. 
Warto wpisać w nawigację adres Wetton Mill Tea Rooms, Ashbourne DE6 2AG – to najlepszy punkt orientacyjny.
Na miejscu znajdziecie kilka parkingów:
• bezpośrednio przy Wetton Mill Tea Rooms – ten jest tylko dla gości kawiarni,
• drugi, nieco większy parking przy głównej drodze, tuż obok, darmowy i łatwiej dostępny,
• oraz trzeci, mniejszy parking bliżej samej jaskini, do którego prowadzi wąska uliczka (idealny, jeśli chcecie być jak najbliżej szlaku).
My zaparkowaliśmy właśnie przy Wetton Mill Tea Rooms, bo planowaliśmy po wszystkim zajrzeć tam na coś ciepłego i to był dobry pomysł ale o tym nieco później.
Z parkingu do Thor’s Cave prowadzi malownicza ścieżka, którą spokojnie da się pokonać z dziećmi, zajmuje jakieś 30 minut. 
Po drodze można podziwiać zielone wzgórza, wapienne ściany i wijącą się w dole rzekę Manifold. Sama trasa nie jest trudna, ale miejscami bywa wilgotna, więc dobre buty to podstawa, zwłaszcza po deszczu.

Pierwsze wrażenia – Thor’s Cave naprawdę robi wrażenie!

Już z daleka, kiedy ścieżka zaczyna lekko piąć się w górę, widać ogromne wejście do jaskini niczym wielkie oko wykute w wapiennej skale. Thor’s Cave wznosi się ponad doliną rzeki Manifold w hrabstwie Staffordshire, a jej wysokość nad poziomem doliny to około 150 metrów. 
Widok jest niesamowity, jaskinia wydaje się wręcz zawieszona w powietrzu, a wokół rozciągają się pagórkowate tereny Peak District, pełne zieleni i kamiennych murków typowych dla tej części Anglii.
To miejsce ma też swoją historię. Wapienne skały, w których powstała jaskinia, uformowały się ponad 300 milionów lat temu.
Thor’s Cave jest przykładem klasycznej rzeźby krasowej, czyli efektu działania wody, która przez tysiące lat rozpuszczała wapienne skały, tworząc rozległe korytarze i komory.
Ale nie tylko geologia robi tu wrażenie. W XIX wieku archeolodzy odkryli w jaskini ślady obecności człowieka sprzed ponad 10 tysięcy lat, narzędzia z epoki kamienia, fragmenty ceramiki, a nawet ludzkie szczątki. Uważa się, że ludzie pierwotni wykorzystywali ją jako schronienie i miejsce kultu.
Co ciekawe, nazwa „Thor’s Cave” wcale nie musi mieć nic wspólnego z bogiem piorunów z mitologii nordyckiej. Prawdopodobnie pochodzi od staroangielskiego słowa „tor”, które oznacza „skałę” lub „wzgórze”. Ale przyznajcie sami że brzmi o wiele lepiej, gdy wyobrazić sobie, że mieszkał tu sam Thor z młotem Mjölnirem, pilnując okolicy przed intruzami.
Kiedy stanęliśmy u stóp tej potężnej groty, Małolata od razu rzuciła: „Tata, to wygląda jak jaskinia olbrzyma!” i coś w tym jest. Wejście ma ponad 10 metrów wysokości, więc człowiek naprawdę czuje się tu malutki.

Nasza wędrówka, krok po kroku do jaskini Thora

Na miejsce dotarliśmy przed południem, mniej więcej około godziny 11:00. Pogoda jak na październik naprawdę dopisała: lekko zachmurzone niebo, ale słońce co chwilę przebijało się zza chmur, a powietrze było rześkie i pachniało jesienią. Idealny dzień na spacer!
Z parkingu przy Wetton Mill Tea Rooms ruszyliśmy w stronę jaskini. Szlak prowadzi wzdłuż rzeki Manifold, a potem zaczyna się lekko wznosić.
Początkowo trasa jest całkiem łatwa, szeroka ścieżka, trochę kamieni, trochę błota (w końcu to jesień), ale nic, czego nie da się przejść nawet z dzieckiem. 
Po mniej więcej 20 – 30 minutach marszu zaczyna się robić ciekawiej, ścieżka staje się bardziej stroma i kamienista, a podłoże miejscami wilgotne i śliskie.
Im bliżej jaskini, tym bardziej czuć ten dreszczyk przygody. Małolata szła dzielnie, choć momentami potrzebowała naszej pomocy, zwłaszcza przy samym wejściu, które jest naprawdę strome i śliskie.
Niektóre dzieci w jej wieku mogłyby mieć z tym trudność, więc jeśli planujecie wspinaczkę, warto trzymać maluchy za rękę i mieć dobre buty z przyczepną podeszwą.
Kiedy w końcu udało się wejść do środka, poczuliśmy ten chłód, echo i wilgoć, które nadają jaskini wyjątkowy klimat. 
Wnętrze nie jest głębokie, ale robi niesamowite wrażenie, światło wpada przez ogromne wejście i oświetla wapienne ściany, tworząc grę cieni i refleksów.
Zdecydowanie warto tu chwilę posiedzieć i po prostu… posłuchać ciszy.
Zaraz po krótkim odpoczynku postanowiliśmy pójść na górę nad jaskinię. Ścieżka prowadzi ostro w górę, ale nagrodą za ten wysiłek jest widok, który zapiera dech. 
Z góry widać całą dolinę rzeki Manifold, zielone pastwiska i wijące się w oddali ścieżki. To właśnie tam zrobiliśmy przerwę na mały piknik, wyciągnęliśmy przekąski i po prostu siedzieliśmy, chłonąc widoki.

Widoki i przerwa – chwila spokoju na szczycie

Kiedy już wdrapaliśmy się na górę nad jaskinią, pierwsze co zrobiliśmy, to… po prostu stanęliśmy i patrzyliśmy. Widok był jak z pocztówki zielono-złota dolina rzeki Manifold, gdzieniegdzie pasące się owce, a w oddali wijące się ścieżki prowadzące z powrotem do Wetton. 
Jesień w Peak District ma w sobie coś magicznego, kolory są jak namalowane pędzlem, a powietrze pachnie mokrą trawą i kamieniem.
Małolata usiadła na trawie i z typową dla siebie szczerością stwierdziła:
„Tato, tu wszystko wygląda jak z bajki, tylko bez smoków!”
I faktycznie coś w tym było. Z tej wysokości świat wydawał się spokojniejszy, a echo z jaskini, które dolatywało z dołu, dodawało całej scenie trochę tajemniczości.
Zrobiliśmy sobie krótki lunch z plecaka, kilka przekąsek, gorąca herbata z termosu, no i oczywiście obowiązkowe zdjęcia z widokiem w tle. 
Nie ma co ukrywać, to jedno z tych miejsc, gdzie człowiek odruchowo sięga po telefon, bo aż żal nie uwiecznić takiego pejzażu.
Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, po prostu chłonąc ciszę i spokój. W dole błyszczała wąska wstążka rzeki, a wiatr tylko delikatnie poruszał trawą.
To był ten moment, w którym człowiek myśli sobie: „Warto było się wspinać.

Powrót i wizyta w kawiarni

Po kilku godzinach wędrówki, wspinaczki i zdjęć z każdej możliwej perspektywy, zaczęliśmy schodzić w dół. 
Droga powrotna była zdecydowanie łatwiejsza, choć nogi czuły już, że zrobiły swoje. 
Z każdym krokiem coraz głośniej słychać było szum rzeki Manifold i… cichutkie kwakanie. To był znak, że zbliżamy się z powrotem do Wetton Mill Tea Rooms, naszej bazy wypadowej i, jak się okazało, idealnego miejsca na zakończenie dnia.
W kawiarni panował ten przytulny, wiejski klimat, który od razu zaprasza, żeby usiąść i nigdzie się nie spieszyć. Drewniane stoły, zapach świeżo parzonej kawy i rozmowy turystów, każdy po swoim małym podboju Thor’s Cave.
Zamówiliśmy ciepłe jedzenie, a do tego ciasto i gorące napoje, kawa dla mnie i herbata dla Żony i Małolaty.
Nie wiem, czy to kwestia zmęczenia, czy po prostu urok tego miejsca, ale wszystko smakowało dwa razy lepiej niż zwykle.
Po posiłku podeszliśmy bliżej do rzeki płynącej dosłownie przy samej kawiarni, kręciło się tam stado kaczek, Małolata była zachwycona, mogłaby je obserwować godzinami. 
My też chwilę usiedliśmy na ławce przy brzegu, patrząc jak woda płynie spokojnie między kamieniami, a jesienne liście tańczą po powierzchni.
To był taki moment wytchnienia bez pośpiechu, bez planu. Po prostu rodzinna chwila po dniu pełnym przygód. 

Ukryta jaskinia nad kawiarnią – nasz nieplanowany bonus

Już mieliśmy ruszać w drogę powrotną, gdy Małolata wypatrzyła coś ciekaweg, na budynku mieszkalnym obok Wetton Mill Tea Rooms (prawdopodobnie należącym do właścicieli kawiarni) zauważyliśmy tam mały znak wskazujący ścieżkę w górę. 
Ciekawość wygrała, więc postanowiliśmy sprawdzić, dokąd prowadzi.
Po krótkim, może 5–10-minutowym podejściu, trafiliśmy na coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy kolejną jaskinię!
Tym razem zupełnie pustą. Zero turystów, żadnych śladów obecności innych osób, cisza, spokój i tylko my. Wygląda na to, że większość odwiedzających Wetton Mill w ogóle na nią nie zwracasz uwagi, bo nie prowadzą tam żadne oficjalne oznaczenia.
Jaskinia jest naprawdę spora i bardzo urokliwa. Otwarta od góry, dzięki czemu do środka wpadają promienie słońca, a nad głową widać zieleń drzew i krzewów.
Miejsce ma zupełnie inny klimat niż Thor’s Cave, bardziej intymny, spokojny, wręcz „tajemniczy”.
Z jej wnętrza rozciąga się też ładny widok na dolinę i co ciekawe widać stamtąd w oddali samą jaskinię Thora.
W środku znaleźliśmy wąską szczelinę prowadzącą do drugiej, mniejszej komory. Ja oczywiście poszedłem „naokoło”, ale Małolata bez wahania przecisnęła się przez szczelinę, piszcząc z radości i śmiechu. To był dla niej mały raj, bieganie, wspinanie, odkrywanie każdego zakamarka tej „tajnej groty”.
Nie spędziliśmy tam długo, bo po solidnym posiłku w kawiarni nogi zrobiły się trochę ciężkie, a powietrze podejrzanie senne.
Poza tym czekała nas jeszcze długa droga do domu, więc postanowiliśmy wrócić na parking i ruszyć w trasę. 
Lepiej nie wsiadać za kierownicę, gdy człowiek jest już półprzytomny ze zmęczenia.
Mimo to ta nieplanowana jaskinia była świetnym zakończeniem naszej wycieczki takim małym bonusem na deser.
To była nasza kolejna wyprawa, po której człowiek wraca zmęczony, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Thor’s Cave zachwyciła nas swoim rozmachem, widokami i tą wyjątkową atmosferą miejsca, w którym natura spotyka historię. 
A odkryta przypadkiem mała jaskinia przy Wetton Mill była jak wisienka na torcie, idealne zakończenie dnia pełnego przygód. Wróciliśmy do domu zmęczeni, szczęśliwi i z poczuciem, że w Peak District wciąż czeka na nas jeszcze niejedna niespodzianka

Podobne wpisy