Hopa Lupa Łódź – atrakcje, ceny, porady i nasza przygoda w największym krytym parku rozrywki w Polsce.
Wakacje w Polsce potrafią zaskoczyć – niestety nie tylko piękną pogodą. Gdy kolejny dzień z rzędu budził nas deszcz stukający o parapet, postanowiliśmy nie czekać na słońce, tylko ruszyć gdzieś, gdzie aura nie ma znaczenia. Szukaliśmy miejsca, które byłoby ciekawe, rodzinne i – co najważniejsze – pod dachem. I tak właśnie trafiliśmy do Hopalupa w Łodzi, jednego z największych krytych parków rozrywki dla dzieci w Polsce. Idealny plan na deszczowy dzień – a jak się później okazało, nie tylko na taki.
Co to w ogóle jest ta Hopalupa?
Hopalupa to ogromny, całoroczny park rozrywki pod dachem, który mieści się w Łodzi, w miejscu dawnej galerii Nowa Sukcesja, tuż przy al. Politechniki.
To właśnie tam, na powierzchni ponad 20 tysięcy metrów kwadratowych, powstało coś, co śmiało można nazwać największym krytym centrum zabawy nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Miejsce otwarto w lutym 2025 roku i już od pierwszych dni zaczęło przyciągać rodziny z całej centralnej Polski – i nie ma się co dziwić. Wchodząc tam, ma się wrażenie, jakby trafiło się do osobnego świata, w którym wszystko zostało stworzone z myślą o dzieciach i ich nieskończonej energii.
W środku znajduje się kilka różnych stref tematycznych, które są dopasowane do wieku i zainteresowań najmłodszych. Jest np. Hopalupa City – kolorowe miasteczko dla dzieciaków w wieku przedszkolnym, z mini sklepikami, tunelami, zjeżdżalniami i nawet małym statkiem kosmicznym.
Dla nieco starszych przygotowano ogromną strefę trampolin z basenami z gąbkami, torami przeszkód, parkiem linowym, zbijakiem i specjalnymi poduchami powietrznymi do skoków. Do tych stref warto się zaopatrzyć w skarpetki antypoślizgowe które można na spokojnie kupić na miejscu. To miejsce naprawdę robi wrażenie – nie tylko na dzieciach. Częścią tej strefy jest też ogromna ścianka wspinaczkowa i tor ninja, który potrafi rozłożyć na łopatki niejednego dorosłego.
Poza tym jest też strefa z bumperami, czyli autkami do zderzania się – klasyczna zabawa, która nigdy się nie nudzi, a także tor gokartowy i malutki pociąg, który przejeżdża przez część obiektu. Ciekawą atrakcją jest też Hopa Lupa Island – miejsce dla najmłodszych, gdzie można się bawić w piasku i wodzie, bez ryzyka przemoczenia, bo wszystko jest kontrolowane i bezpieczne. A jeśli ktoś lubi gry zręcznościowe i automaty, to w Hopa Lupa Street czeka na niego cała alejka wypełniona po brzegi maszynami do grania, zarówno tymi tradycyjnymi, jak i bardziej nowoczesnymi, z wykorzystaniem VR.
Nie brakuje oczywiście części gastronomicznej, gdzie można napić się kawy, zjeść coś słodkiego albo złapać chwilę oddechu, gdy dzieciaki szaleją na całego.
Warto dodać, że cały park działa na system kart magnetycznych – kupuje się taką kartę na wejściu i doładowuje się ją kredytami, które potem wykorzystuje się na poszczególne atrakcje i automaty. Wszystko jest nowoczesne, intuicyjne i przede wszystkim wygodne – nie trzeba za każdym razem stać w kolejce po bilety.
Nasza przygoda w Hopalupie
Hopa Lupa to miejsce, które zostało stworzone z rozmachem i z myślą o tym, by dzieci mogły się bawić na całego, a rodzice nie musieli jedynie patrzeć na zegarek i liczyć minut do końca.
Małolata nie od razu rzuciła się w wir zabawy. Już przy wejściu zrobiło się dość głośno, światła, dźwięki, automaty do gier, dzieciaki biegające we wszystkie strony. Widać było, że Michalina trochę się speszyła, więc postanowiliśmy zacząć spokojnie od strefy Hopalupa City, czyli dziecięcego miasteczka pełnego tematycznych domków.
Na pierwszy ogień poszła straż pożarna i komisariat policji, gdzie Małolata wcieliła się w rolę zarówno dzielnej ratowniczki, jak i czujnej pani sierżant. Potem weszliśmy na piętro, gdzie czekał m.in. gabinet weterynaryjny i lekarski, a na dole fryzjer i salon kosmetyczny. Zabawa w „dorosłych” poszła w ruch, a my razem z nią.
Hopalupa City jest naprawdę rozbudowana. Są tu nie tylko domki, ale też ogromna strefa małpiego gaju, zjeżdżalnie, wielkie miękkie klocki, piłki, koszykówka, boisko do mini piłki nożnej, a nawet podświetlana podłoga, na której Małolata urządziła sobie małą dyskotekę. Co chwilę zmieniała kierunek i biegła do kolejnej atrakcji, bo wszędzie coś się działo. Przez całe dwie godziny, bo tyle trwa standardowa wejściówka, krążyliśmy po strefie, zahaczając o wszystko po trochu.
Mimo że rano pojawiły się dwie większe grupy dzieci, całość była na tyle przestronna, że nigdzie nie było ścisku. Małolata mogła spokojnie pobawić się w każdym zakątku bez przepychanek i czekania w kolejkach.
Tu Michalina naprawdę się rozkręciła. Skakała od trampoliny do trampoliny, przeskakiwała przez przeszkody i wskakiwała do basenów z gąbkami jak rasowa akrobatka. Ja też nie odmówiłem sobie trochę ruchu, zaliczyłem zjazd na dużej zjeżdżalni, wspiąłem się na czas na wysoką ściankę i nawet odważyłem się zsunąć z takiej konstrukcji z linami, która przypominała dynie zawieszone na sznurkach (do dziś nie wiem, jak to się fachowo nazywa, ale frajda była!).
W tej części było też sporo interaktywnych stanowisk – takich wielkich ekranów, gdzie można było grać, poruszać się i zdobywać punkty.
Po wyjściu ze strefy trampolin zrobiliśmy jeszcze rundkę po obiekcie. Zajrzeliśmy do części z gokartami i automatami do gier, naprawdę tego jest tam mnóstwo. Od klasycznych maszyn z łapką, przez zręcznościówki, po coś bardziej nowoczesnego.
W sumie spędziliśmy w Hopalupie i okolicach około pięciu godzin. Za bilety do dwóch głównych stref City i trampolin zapłaciliśmy około 250 zł, a z jedzeniem wyszło w sumie koło 350 zł za nas dwoje. I chociaż nie skorzystaliśmy ze wszystkich dostępnych atrakcji, to i tak czuliśmy, że wycisnęliśmy z tego dnia naprawdę sporo. Małolata była zachwycona, a ja… no cóż, trochę bardziej zmęczony niż ona, ale z szerokim uśmiechem.
„TatoMałolatowe” rady – czyli co warto wiedzieć przed wizytą w Hopalupie
Jeśli planujecie wypad do Hopalupa z dzieckiem, to warto się trochę przygotować, bo to miejsce potrafi nieźle zaskoczyć, zarówno pozytywnie, jak i… finansowo. My spędziliśmy tam pół dnia i choć było super, to parę rzeczy dobrze wiedzieć wcześniej.
W kwestii finansowej warto być przygotowanym. Za bilety do dwóch stref (City i trampoliny) zapłaciliśmy około 250 zł za nas dwoje, a z jedzeniem wyszło łącznie około 350 zł. Czy to dużo? Jak za pięć godzin świetnej zabawy, naszym zdaniem było warto, ale nie jest to tania rozrywka „na spontanie”.
Hopalupa działa na system kart magnetycznych – można je doładowywać i płacić nimi za poszczególne atrakcje oraz automaty do gier. Jeśli planujecie więcej niż jedną strefę, warto od razu kupić kartę i doładować ją większą kwotą, żeby później nie stać w kolejce.
My najpierw bawiliśmy się w Hopalupa City, potem zrobiliśmy przerwę na jedzenie i dopiero po przerwie poszliśmy do strefy trampolin. Takie rozdzielenie świetnie się sprawdziło – mieliśmy czas na odpoczynek, a Małolata mogła pobawić się z nową energią.
Jeśli chodzi o jedzenie w samej Hopalupie znajdziecie stoliki i drobne punkty z przekąskami, ale my wybraliśmy restaurację poza parkiem, w tej samej galerii. Było spokojniej, taniej i smacznie. Poza tym przerwa na lunch w innym miejscu daje dzieciakom chwilę wytchnienia od natłoku bodźców.
Bezpieczeństwo i obsługa – tu duży plus. Pracownicy naprawdę pilnują porządku, pomagają dzieciom, przypinają uprzęże przy ściankach wspinaczkowych, tłumaczą zasady. Czuliśmy, że Małolata może się bawić swobodnie, a my nie musimy stać jej cały czas nad głową.
Na koniec kilka luźnych, porad
I najważniejsze – nastawcie się na wspólną przygodę. Hopalupa to ogromny park z mnóstwem możliwości, gdzie dzieciaki mogą się wyszaleć, a dorośli – zobaczyć uśmiech od ucha do ucha.
Jeśli pogoda nie dopisuje, to naprawdę dobry pomysł na rodzinny dzień pod dachem.
