Dovedale z dzieckiem – górskie wędrówki, jaskinie i piknik nad rzeką Dove

Dovedale chodziło nam po głowie już od jakiegoś czasu. Na zdjęciach wyglądało bajecznie: wapienne skały, zielone wzgórza, przejrzysta rzeka Dove, która wije się w dolinie jak z obrazka. Wiedzieliśmy, że to miejsce jest dość popularne, ale dopiero teraz udało nam się zebrać i ruszyć na tę przygodę. I choć trochę nas tłum ludzi zaskoczył (no dobra, sobota, upał i wakacje – czego się spodziewaliśmy?), to Dovedale i tak zrobiło na nas ogromne wrażenie.

Dovedale - wapienne cuda Peak District

Dla tych, którzy nie znają – Dovedale to przepiękna dolina położona w południowej części Peak District, tuż przy granicy Derbyshire i Staffordshire. Cały ten obszar objęty jest ochroną – znajduje się pod opieką National Trust, a od 2006 roku ma status National Nature Reserve, czyli narodowego rezerwatu przyrody.

To nie tylko miejsce spacerów i rodzinnych wycieczek, ale też obszar bardzo cenny przyrodniczo i geologicznie. Skały, które tu widzimy, powstały z resztek morskich organizmów jakieś… 350 milionów lat temu! Dziś tworzą niesamowite formacje, które przyciągają turystów, wspinaczy i fotografów z całej Anglii.

Długość samej doliny, od Thorpe Cloud aż po Milldale, to około 3 mile – czyli jakieś 5 kilometrów. Dla nas była to w sam raz trasa na cały dzień, szczególnie że lubimy się zatrzymywać, podziwiać widoki, robić zdjęcia, a czasem też wspinać się w miejsca, gdzie dzieciom trzeba trochę pomóc. Ale o tym więcej za chwilę.

Dovedale ma też swoją historię. Już w XVII wieku pisał o niej Izaak Walton – autor książki The Compleat Angler, czyli jednego z najbardziej znanych dzieł o wędkarstwie (i nie tylko) w literaturze angielskiej. 

To właśnie dzięki niemu Dovedale zaczęło zyskiwać rozgłos jako miejsce warte odwiedzenia. Później, w latach 30. XX wieku, teren został wykupiony przez National Trust, a w 1951 roku, gdy powstawał pierwszy w Wielkiej Brytanii park narodowy – Peak District – Dovedale oczywiście znalazło się w jego granicach.

Jednym z najbardziej znanych symboli tego miejsca są Stepping Stones – czyli kamienne płyty ułożone w poprzek rzeki Dove, po których można przejść z jednego brzegu na drugi.

Powstały podobno już w XIX wieku, a dziś są jedną z najczęściej fotografowanych atrakcji w całym Peak District.

Tuż nad nimi wznosi się Lover’s Leap – wapienne zbocze, z którego według lokalnej legendy pewna dziewczyna miała skoczyć z rozpaczy… ale jej spódnica zaczepiła się o gałąź i dzięki temu przeżyła. Dziś to bardziej ciekawostka niż groźne miejsce, ale widok z góry robi swoje.

No i właśnie – widoki. Bo to, co urzeka w Dovedale najbardziej, to połączenie przyrody i przestrzeni. Gdzie się nie obejrzysz, tam skały, jaskinie, strzeliste formacje i zielone zbocza.

Spotkać można też zimorodki, nietoperze, motyle, a na bardziej zalesionych odcinkach nawet sarny. Zresztą, nie bez powodu to miejsce co roku odwiedza ponad milion osób. Choć czasem, jak się okazuje, to aż za dużo…

Ale o tym, co dokładnie zobaczyliśmy i jak wyglądała nasza wyprawa – opowiemy w kolejnym fragmencie.

Nasz dzień w Dovedale – z Małolatą przez wapienne cuda

Do Dovedale dojechaliśmy z samego rana, bo wiedzieliśmy, że w weekendy – szczególnie przy tak ładnej pogodzie – potrafi tu być naprawdę tłoczno. I nie myliliśmy się.

uż na drodze dojazdowej zrobiło się ciasno, a na parkingu panował spory ruch. Na szczęście udało nam się bez problemu znaleźć miejsce – zaparkowaliśmy przy lokalizacji z kodem pocztowym DE6 2AY Ashbourne.

Parking jest płatny, ale jak na tak popularne miejsce – wszystko dobrze zorganizowane. Szybki rzut oka na mapę, ostatnie poprawki w plecakach, Małolata złapała swoją butelkę z wodą i ruszyliśmy w trasę.

Od razu po kilku minutach dotarliśmy do Stepping Stones – słynnych kamiennych bloków ułożonych w poprzek rzeki Dove.

Zawsze oglądaliśmy je tylko na zdjęciach i filmikach, ale zobaczyć je na żywo to zupełnie co innego. Piękne tło, szum rzeki, wapienne ściany po obu stronach – miejsce jak z bajki. 

Ale trzeba też przyznać – ludzi było sporo. Ustawiały się kolejki do przejścia na drugą stronę, dzieci z plecakami, psy na smyczach, aparaty, drony, kijki do selfie – całe to turystyczne szaleństwo.

Małolata oczywiście od razu chciała przeskakiwać po kamieniach, więc asekurując ją z każdej strony, pozwoliliśmy jej się trochę pobawić. Radość – ogromna. Udało się nawet zrobić kilka zdjęć bez tłumu w tle!

Dalej szlak zaczął się nieco wspinać. Doszliśmy do Lover’s Leap – skalistego urwiska z pięknym widokiem na dolinę.

Wchodzenie tam z dzieckiem wymagało odrobiny ostrożności – schody są nierówne i strome, więc momentami trzeba było pomagać Małolacie podciągać się za rękę.

Ale widok z góry zdecydowanie wynagradzał trud. Patrząc w dół na rzekę i ścieżkę, można było poczuć się jak w jakimś filmie przygodowym. A że Małolata ma wyobraźnię – od razu zaczęły się opowieści o smokach i zamkach ukrytych w skałach.

Szliśmy dalej wzdłuż rzeki. Co jakiś czas pojawiały się kolejne formacje skalne – Tissington Spires, Reynard’s Cave, Lion’s Head Rock. Każda inna, każda ciekawa. 

Do niektórych można się wspiąć – np. do jaskini Reynarda – ale to już wymaga trochę więcej siły i gibkości. Małolata próbowała, ale w pewnym momencie uznaliśmy, że nie ma co ryzykować. Nie wszystko musi być na raz. W końcu miała dopiero sześć lat, a i tak dawała radę lepiej niż niejeden dorosły turysta, którego mijaliśmy po drodze.

Najbardziej spodobało nam się przy Ilam Rock – charakterystycznej, wysokiej skale stojącej jakby na środku doliny. Tam zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, złapaliśmy oddech i pogapiliśmy się na rzekę.

 A potem jeszcze krótki marsz i dotarliśmy do Dove Holes – dwóch ogromnych, naturalnych jaskiń w ścianie skały. Można do nich wejść, są dość płaskie i szerokie, więc Małolata była zachwycona, że „wchodzi do paszczy lwa”. My też nie narzekaliśmy – cień i chłód w środku był naprawdę przyjemny po kilku godzinach marszu w pełnym słońcu.

Na samym początku mieliśmy plan, żeby jak już wrócimy tą samą trasą do parkingu, to jeszcze spróbujemy wspiąć się na Thorpe Cloud – charakterystyczne wzgórze górujące nad Dovedale.

Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze ambicje. Po kilku godzinach wędrówki, upale i pełnym słońcu – wszyscy byliśmy już naprawdę zmęczeni.

Zamiast zdobywania szczytu, wybraliśmy wersję bardziej „relaksacyjną” – usiedliśmy pod górą, tuż przy brzegu rzeki, rozłożyliśmy koc, wyciągnęliśmy jedzenie z plecaka i zrobiliśmy sobie piknik. Stopy w lodowatej wodzie, dźwięk rzeki, słońce na twarzy – czego chcieć więcej?

I chociaż ludzi w Dovedale było naprawdę dużo – czasami nawet aż za dużo – to i tak cieszymy się, że tam pojechaliśmy. Mimo hałasu, czasem śmieci i kilku osób, które uparcie rozpalały grille tam, gdzie nie wolno – to nadal jedno z tych miejsc, które zostają w pamięci.

A Małolata już zapowiedziała, że następnym razem „to wejdziemy na tą górę, co nie?”. No jasne, że tak.

Dla wytrwałych: przedłużenie trasy do Milldale

Na sam koniec chcieliśmy dodać coś ekstra – jeśli macie więcej czasu i ochoty na małe przedłużenie, naprawdę warto zawędrować dalej do Milldale.

To spokojna, mniej zatłoczona wioska na północnym końcu doliny – idealna na herbatę z termosu, karmienie kaczek przy rzece i ostatnie rodzinne zdjęcia przed powrotem . Trasa z parkingu w Dovedale zajmuje jakieś 2,5–3 godziny w jedną stronę (ok. 5 mil/8 km), przede wszystkim wzdłuż rzeki – niezbyt trudna, ale pełna uroku i ciekawych przystanków jak Viator’s Bridge czy malownicze kamienne domki Milldale.

Na miejscu czeka na Was mała kawiarenka (Polly’s Cottage Tea Room), toalety i urokliwe ławki przy rzece – jeśli pogoda dopisze, to świetne zakończenie dnia . My tym razem tam nie dotarliśmy, ale już planujemy kolejną wizytę – tym razem właśnie tamtędy wrócić.

Dodatkowo, przy wejściu na szlak – często widoczna jest przez National Trust tablica „Where Next? Explore More Great Places nearby” – i właśnie Milldale jest tam wymienione razem z innymi atrakcjami w okolicy, jak Ilam Park, Manifold Valley czy Wolfscote Dale . Jeśli chcecie zobaczyć coś więcej niż samo Dovedale, warto sprawdzić te miejsca – niektóre można odwiedzić nawet w jeden dzień.

Tłumy, grille i… trochę mniej magii

Nie ma co ukrywać – Dovedale to miejsce piękne, ale niestety też bardzo popularne.

Wiedzieliśmy, że jedziemy tam w sobotę, do tego w wakacje i przy świetnej pogodzie, więc nastawialiśmy się na to, że nie będziemy sami. Ale mimo wszystko, ilość ludzi nas trochę przytłoczyła. Już na parkingu było tłoczno, a im bliżej słynnych Stepping Stones, tym gęściej. 

W pewnym momencie trzeba było nawet poczekać, żeby móc przejść przez rzekę po kamieniach, bo tworzyła się tam kolejka – serio, jak na jakimś rollercoasterze w parku rozrywki.

Nie przeszkadzało nam to na samym początku – wiadomo, każdy chce zobaczyć to samo, co my – ale w miarę jak zagłębialiśmy się w dolinę, trochę zaczęło nam brakować tej przestrzeni, ciszy i kontaktu z przyrodą, po które przecież tu przyjechaliśmy.

A Małolata, która lubi podglądać robaki i bawić się patykami, nie zawsze miała gdzie się zatrzymać, bo wokół wciąż ktoś przechodził, zatrzymywał się na selfie, krzyczał do dzieci albo puszczał muzykę z telefonu.

Największym rozczarowaniem była jednak kwestia kultury i poszanowania tego miejsca. Po drodze widzieliśmy kilka grup, które mimo zakazów rozkładały grille, a nawet rozpalały ogniska tuż przy brzegu rzeki.

National Trust bardzo wyraźnie informuje, że tego typu rzeczy są absolutnie zabronione – nie tylko ze względu na bezpieczeństwo, ale też na ochronę przyrody. A jednak niektórzy chyba myślą, że „jednorazowy grill to nie ognisko” albo że „przecież tylko chwilkę”. No niestety – nie wyglądało to dobrze.

Do tego tu i ówdzie zalegały śmieci. Puste butelki, opakowania po kanapkach, plastikowe kubeczki – nie było ich dużo, ale wystarczająco, żeby popsuć wrażenie. Tym bardziej że w takim miejscu – gdzie wszystko wygląda jak z pocztówki – każdy papierek razi w oczy dwa razy bardziej.

Szkoda, bo przecież wystarczy wrzucić wszystko do plecaka i zabrać ze sobą. My mieliśmy nawet ze sobą mały worek na śmieci, do którego wrzucaliśmy nie tylko swoje rzeczy, ale i kilka przypadkowych papierków, które znaleźliśmy po drodze.

Mimo tego wszystkiego – warto. Dovedale nadal jest jednym z najładniejszych miejsc, w jakich byliśmy, i nadal polecamy je każdemu. 

Ale warto mieć świadomość, że jeśli jedziecie tam w weekend przy dobrej pogodzie – to nie będzie dzika, odludna przygoda. To będzie raczej wyprawa w piękne miejsce razem z kilkuset innymi osobami, które miały ten sam pomysł co Wy.

A jeśli chodzi o komfort z dzieckiem – szczerze mówiąc, z Małolatą daliśmy radę bez większych dramatów, ale niektóre fragmenty trasy wymagają trochę więcej wysiłku. Jaskinie, schodki, nierówne podłoże – to wszystko może być wyzwaniem dla młodszych dzieci, zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje i robi się naprawdę gorąco.

Na szczęście Małolata to dzielna turystka i potrafi już nie marudzić, gdy jest zmęczona. No, chyba że kończy się zapas ciastek – ale to już zupełnie inna historia.

Porady dla rodzin - czyli co warto wiedzieć przed wyprawą do Dovedale

Jeśli planujecie wycieczkę do Dovedale z dzieckiem, to mamy dla Was garść wskazówek – prosto z serca i z własnego doświadczenia. To miejsce naprawdę warto odwiedzić, ale warto się też do tego dobrze przygotować, żeby nie zaskoczyły Was ani tłumy, ani wymagający teren.

Po pierwsze – zacznijcie jak najwcześniej. My ruszyliśmy w miarę rano, ale i tak na parkingu było już sporo ludzi. Im wcześniej, tym większa szansa, że uda się złapać trochę spokoju i nacieszyć się tym miejscem w bardziej kameralnych warunkach.

Szczególnie Stepping Stones – w okolicach południa robi się tam naprawdę tłoczno i przejście przez rzekę przypomina bardziej grę w „kto szybciej” niż spokojny spacer.

Parking, z którego korzystaliśmy, to ten pod adresem: Ashbourne DE6 2AY (współrzędne Plus Code: 3648+6W). Parking jest płatny, ale dobrze zorganizowany. To najwygodniejszy punkt startowy, jeśli chcecie przejść całą dolinę aż do Dove Holes i ewentualnie wrócić tą samą drogą. 

Toalety są tuż obok parkingu – płatne 20 pensów, ale czyste i zadbane, co w takich miejscach nie jest oczywiste.

Przy parkingu znajduje się parkomat, który przyjmuje wyłącznie monety, więc warto być na to przygotowanym.

Na szczęście obok, tuż przy wejściu na szlak wzdłuż rzeki, stoją dwa vany National Trust – jeden z przekąskami (napoje, lody, ciepłe i zimne kanapki), a drugi pełni funkcję punktu informacyjnego. Można tam zgarnąć ulotki, porozmawiać z obsługą i – co najważniejsze – zapłacić za parking kartą, bo mają czytnik.

W momencie naszej wizyty opłata wynosiła 8 funtów za cały dzień, co – nie ukrywamy – wydało nam się dość sporo. Ale mamy nadzieję, że te pieniądze trafiają na utrzymanie nie tylko parkingu, ale też szlaków, ławek i całej tej pięknej okolicy, która naprawdę robi wrażenie.

Trasa sama w sobie nie jest trudna, ale z dzieckiem potrafi zająć trochę więcej czasu, niż się planuje. Ścieżka wzdłuż rzeki jest momentami wąska, kamienista, czasem nierówna. W kilku miejscach trzeba się wspiąć po schodach lub podejść trochę pod górę. 

Przy jaskiniach, takich jak Reynard’s Cave czy Lover’s Leap, trzeba już być bardziej czujnym – my miejscami pomagaliśmy Małolacie wchodzić lub schodzić, bo skały były strome albo śliskie.

Na szczęście – dzieciaki mają więcej energii niż dorośli i potrafią sobie świetnie radzić, jeśli tylko są odpowiednio ubrane i mają odpowiednią motywację (u nas działały żelki i historia o ukrytym skarbie w jaskini).

Warto mieć ze sobą wygodne buty, zapas wody, przekąski i coś na piknik.

Przy samym wejściu na szlak – tuż obok parkingu – stoi co prawda van National Trust, gdzie można kupić lody, napoje, ciepłe i zimne kanapki czy inne drobne przekąski, ale to raczej dobra opcja tylko wtedy, gdy ktoś nie zdążył nic przygotować wcześniej albo chce uzupełnić zapasy przed drogą.

Pamiętajcie, że po drodze nie ma sklepów ani kawiarni, za to miejsc na odpoczynek jest mnóstwo. My rozłożyliśmy się na trawie przy rzece, tuż pod Thorpe Cloud, i był to chyba najlepszy moment dnia.

No i obowiązkowo – ubrania „na cebulkę” i coś do przykrycia głowy. Nam pogoda dopisała, ale w cieniu bywa chłodno, a na słońcu szybko można się przegrzać, szczególnie dzieciaki.

Zakazy i zasady – czego unikać w Dovedale

Pluskanie się w Dove - zasady i rozsądek

Jeśli chodzi o kąpanie się w rzece – technicznie rzecz biorąc, nie jest to zakazane, ale National Trust zaleca ostrożność i prosi, żeby nie wchodzić do wody w miejscach, gdzie może to szkodzić przyrodzie.

Widzieliśmy mnóstwo ludzi w wodzie, dzieci brodzące, psy taplające się do woli – rzeka jest płytka, ale nurt potrafi być szybki. My pozwoliliśmy Małolacie zamoczyć nogi przy brzegu – głównie po to, żeby się ochłodzić. A przy okazji… była to świetna zabawa.

Grill w plecaku? Lepiej zostaw w domu

Grillowanie i ogniska są całkowicie zakazane – i to nie tylko dlatego, że to rezerwat przyrody. Wysoka trawa, sucha ściółka, dużo ludzi – wszystko to sprawia, że ryzyko pożaru jest realne.

Niestety, jak wspominaliśmy wcześniej, nie wszyscy o tym pamiętają. Dlatego my zawsze apelujemy: zabierajcie ze sobą śmieci, nie zostawiajcie papierków, nie rozpalajcie ognia. To, co dla nas jest tylko jednym grillem, dla natury może oznaczać katastrofę.

Z psem przez Dovedale – co trzeba wiedzieć

Do Dovedale można przyjechać z psem, ale National Trust wyraźnie prosi, by trzymać zwierzęta na smyczy – to ważne nie tylko ze względu na ochronę dzikiej przyrody (np. ptaków, nietoperzy), ale także ze względu na obecne tam wypasane owce.

Po drodze stoją specjalne kosze na psie odchody i miski z wodą

Łowienie ryb w Dovedale

W Dovedale można wędkować, ale tylko w wyznaczonych odcinkach i po wykupieniu licencji. Najlepiej skorzystać z lokalnych club waters (np. Izaak Walton Hotel), gdzie łowi się głównie pstrągi i lipienie. Spodziewajcie się przepisów typu: catch-and-release, haczyki bez ostrza, limit ryb oraz zakazu brodzenia w rzece.

Nikt tam nie wciąga karpia do kieszeni – tu chodzi o szacunek dla przyrody.

Drony – gdzie można, a gdzie absolutnie nie

Na tablicy informacyjnej przy wejściu na szlak wyraźnie widnieje znak zakazu używania dronów – i to nie bez powodu.

Obszar Dovedale znajduje się na terenie Site of Special Scientific Interest (SSSI), czyli Obszaru o Szczególnym Znaczeniu Naukowym. Takie miejsca objęte są ochroną na mocy Wildlife and Countryside Act z 1981 roku – to najcenniejsze przyrodniczo tereny w Anglii, pełne rzadkich gatunków i wyjątkowych siedlisk.

Z tego względu loty dronem w samym rezerwacie są zabronione, nawet jeśli posiadamy odpowiednie kwalifikacje czy rejestrację operatora.

Jeśli jednak ktoś bardzo chciałby uchwycić Dovedale z lotu ptaka, jest na to sposób – granica strefy zakazu kończy się tuż za parkingiem, co potwierdza aplikacja Drone Assist. Zatem start z parkingu teoretycznie jest legalny, ale znacznie bezpieczniej i rozsądniej jest wystartować dronem z dalszej odległości – np. około pół mili do mili od parkingu, gdzie nie ma turystów ani oznaczeń SSSI.

Sam właśnie z takiego miejsca wykonałem kilka ujęć – widoczna była stamtąd zarówno góra Thorpe Cloud, jak i cały krajobraz doliny.

Oczywiście, nie ma co liczyć, że uda się w ten sposób sfilmować wszystkie najpiękniejsze zakamarki – Stepping Stones, rzeka czy wąskie wąwozy ukryte są między skałami i dron tam nie dotrze zgodnie z przepisami. Dlatego, jeśli ktoś chce mieć widoki z góry, zdecydowanie polecam po prostu wejść na Thorpe Cloud – rozciąga się z niej panorama jak z drona, tylko legalnie i bezszelestnie

Na koniec – czy warto?

Zdecydowanie tak. Dovedale to jedno z tych miejsc, które zapadają w pamięć na długo. Nie tylko ze względu na swoje spektakularne krajobrazy – wapienne skały, zielone doliny i wijącą się wśród nich rzekę Dove – ale też przez to, jak bardzo przypomina nam, że przygoda nie musi oznaczać dalekich podróży.

Czasem wystarczy spakować plecak, wygodne buty, trochę cierpliwości i… dziecko z niespożytą energią, żeby przeżyć coś naprawdę wyjątkowego.

Oczywiście, były momenty trudniejsze – zmęczenie, upał, trochę zbyt dużo ludzi, kilka papierków tam, gdzie ich być nie powinno – ale mimo to, wracaliśmy do domu z uśmiechem.

Małolata zasnęła w samochodzie zanim jeszcze wyjechaliśmy z Ashbourne, trzymając w ręku znaleziony po drodze „najpiękniejszy kamień świata”. My zaś mieliśmy głowy pełne widoków, które wyglądają jak z bajki – i tych chwil, kiedy na szlaku nagle robi się cicho, a rzeka płynie sobie spokojnie, jakby tylko dla nas.

Jeśli więc szukacie miejsca na rodzinną wyprawę, która połączy trochę ruchu, sporo zachwytów i szczyptę przygody – to Dovedale jest strzałem w dziesiątkę.

Ale pamiętajcie – zabierzcie ze sobą nie tylko aparat i kanapki, ale też szacunek do przyrody. Bo takie miejsca zasługują na to, żeby były piękne nie tylko na zdjęciach, ale też w rzeczywistości.

Podobne wpisy